JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


ARTYKULY
 

Jaromír Nohavica, bard z pogranicza
Rok diabła, wiek aniołów



     Błyskawicznie zawojował Listę Przebojów Trójki – jego piosenka „Minulost” (Przeszłość) przez 8 tygodni królowała na pierwszym miejscu. W tej chwili na liście awansuje kolejny utwór z jego zeszłorocznej płyty „Tak mě tu máš” – „Jiné to nebude” (Inaczej nie będzie). Niebawem wystąpi u boku Stanisława Soyki w Opolu. Kim jest bard, który pokazał Polakom, że poetycki folk może zwycięsko konkurować z zalewającą media muzyką pop?

     Urodził się w 1953 roku na pograniczu kultur, w Ostrawie – śląsko-beskidzkim mieście w Czechach, położonym w pobliżu granic Polski, dzisiejszej Słowacji i historycznych Moraw. Jest Czechem, ale swobodnie mówi – i śpiewa – po polsku, choć twierdzi, że nigdy się nie uczył tego języka. I to właśnie głosy polskich słuchaczy, oddane na listę radiowej Trójki, świadczą o popularności, jakiej od czasów Jacka Kaczmarskiego nie zdobył w naszym kraju żaden rodzimy bard.
Kształcił się na bibliotekarza, próbował sił w Wyższej Szkole Górniczej, ale jej nie ukończył. Imał się różnych zajęć, by w końcu zająć się pisaniem tekstów dla czeskich wykonawców. Pisał piosenki dla artystów rockowych, popowych, folkowych, tłumaczył też poezję zagranicznych twórców, takich jak Leonard Cohen, Włodzimierz Wysocki, czy Bułat Okudżawa. W początkowym okresie twórczości najbardziej zasłynął piosenką napisaną dla Marii Rottrovej, „Lásko, voníš deštěm”, która była przeróbką utworu „She's gone” zespołu Black Sabbath, pod wieloma względami przewyższającą oryginał. W końcu, w 1982 roku – ponoć przypadkowo – sam trafił na scenę i wykonał swoje utwory. Od tego czasu rozpoczął się nowy rozdział w jego życiu. Bardzo szybko zaczął zdobywać popularność i wygrywać rozmaite plebiscyty wśród publiczności, mimo że nie interesowały się nim media, ani nie wydawał płyt. Ba, nieprzewidywalność jego koncertów i wymowa wielu jego tekstów nie podobały się komunistycznym władzom. W 1985 roku, mimo zaproszenia, nie pozwolono mu wystąpić na festiwalu Porta w Pilznie i zasugerowano opuszczenie miasta; jego twórczość ani osoba nie były mile widziane przez ówczesnych oficjeli. Pierwsza koncertowa płyta – „Darmoděj” – powstała dopiero w 1988 roku, gdy stary system chylił się już ku upadkowi. Ale wkrótce po niej pojawiły się kolejne.



Rok diabła

     Wszyscy pamiętali ów zakaz występów, więc gdy w 1991 roku ujawnione zostały listy współpracowników czeskiej służby bezpieczeństwa, wiele osób ze zdumieniem odnalazło na nich także nazwisko Jaromír Nohavica. On sam początkowo milczał na ten temat, później zaś, gdy w roku 2006 przyznał się do owej współpracy, wyjaśniał, że owszem, spotykał się czasem z pewnym oficerem, zamiast – czego żałuje – posłać go do diabła, ale w rozmowach tych nigdy nie ujawnił żadnych faktów, które mogłyby komukolwiek zaszkodzić. Przekonani o tym są również przyjaciele barda, a w aktach StB nie ma dokumentów, które podważałyby tę wersję. Mimo to, Nohavica ciężko przeżył oskarżenie o kolaborację. Niektórzy sądzą, że z tych właśnie frustracji zrodził się u niego wzmożony pociąg do alkoholu. To pewnie jednak nieprawda – problem musiał zacząć się już wcześniej, bo jeszcze w 1991 roku Nohavica podjął kurację odwykową. Pora była najwyższa – potrafił w ciągu jednej rozmowy sam obalić butelkę rumu, coraz częściej zapominał słów własnych piosenek na koncertach, zdarzało się, że bredził, zataczał się na scenie, upadał, urywał mu się film...

     W dużo późniejszym, stylizowanym na dokument filmie „Rok ďábla” (Rok diabła), przemyślnie łączącym elementy rzeczywistości, fikcji, a nawet fantastyki, Nohavica zagrał główną rolę – siebie samego. W jednej ze scen wyjaśnia swoją teorię „góry alkoholowej”. Według niej, każdy człowiek wspina się, pijąc, po zboczu swojej własnej góry. Wszystko jest w porządku, dopóki idzie pod górę – niektórzy mogą tak iść przez całe życie, bo ich góra jest bardzo wysoka. Inni jednak, gdy dojdą do szczytu, zaczynają się staczać – i wówczas już nie ma odwrotu. Nikt jednak nie wie, jak wysoka jest jego góra, dopóki nie stanie na jej wierzchołku. Swój szczyt Jaromír Nohavica osiągnął w 1991 roku. A jednak pokonał swoją słabość, za bardzo chciał pozostać sobą, by się poddać. Po odwyku rozpoczął nowe życie, już bez picia – dziś otwarcie przyznaje, że jest trzeźwym alkoholikiem.

     Jego pierwszy album studyjny, „Mikymauzoleum”, ukazał się w roku 1993, gdy Nohavica już nie pił. Album został jedną z najpopularniejszych czeskich płyt, między innymi dzięki aranżacjom długoletniego współpracownika Nohavicy, Karela Plíhala. Kolejny studyjny krążek, „Divné století” (Dziwny wiek) otrzymał prestiżową statuetkę Anděla (Anioła), nagrodę w ankiecie Gramy za płytę roku 1996 i był to pierwszy przypadek, gdy zwyciężyła w tej kategorii płyta folkowa. Wreszcie Jaromírem Nohavicą zainteresowały się również media i dotarł on do szerszej publiczności, której od tej pory prezentował, mniej lub bardziej regularnie, kolejne płyty, sprzedające się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Folkowy bard zyskał w Czechach status gwiazdy. Nie zarzucił też pisania piosenek dla zespołów, tworzył muzykę i teksty do spektakli teatralnych, a nawet czeskie wersje librett słynnych oper. A w 2002 roku zagrał w filmie „Rok diabła”.

     Przedziwne dzieło Petra Zelenki wymyka się definicjom. Z jednej strony zostało luźno oparte na epizodach z życia Nohavicy i towarzyszących mu muzyków – przede wszystkim Karela Plíhala i członków folkowego zespołu Čechomor, z którym przez pewien czas wspólnie koncertowali. Z drugiej, osnute jest na znacznie mniej rzeczywistych motywach pochodzących z ich piosenek, mieszając życie z poezją w rozbudowanej metaforze kuszenia artysty wizją sukcesu. Oraz innymi pokusami, jak (pseudo)religie czy alkohol. Film mówi też o konsekwencjach ulegania owym pokusom – z zatraceniem własnej tożsamości na czele. Trzecia warstwa, najbardziej zbijająca widza z tropu, pochodząca niejako z innego świata, choć podana z powagą na równi z wątkami „realnymi”, sięga fantastycznych teorii, a nawet fizycznego udziału aniołów w życiu człowieka. Wszystko to kręci się wokół rzeczywistego-nierzeczywistego Nohavicy, który na ekranie po prostu jest sobą, nie udzielając odpowiedzi na żadne pytania o związki tej fabuły z życiem odgrywających ją artystów.



Polskie stulecie

     Niebywale popularny u południowych sąsiadów, gdzie ściąga na koncerty tysiące widzów (niedawno bilety na jego praski koncert sprzedały się znacznie szybciej niż na koncert Madonny), do końca lat 90. Nohavica był niemal nieznany w Polsce – co najwyżej kojarzony w wąskiej, muzyczno-poetyckiej niszy. Choć w nowym stuleciu stan ten zaczął się z wolna zmieniać, dopiero „Rok diabła”, który wkrótce zyskał i w naszym kraju miano filmu kultowego, wywołał większe zainteresowanie osobą i osobowością artystyczną czeskiego barda. Od tej pory zdobywał sobie on krok po kroku coraz większą grupę fanów po tej stronie granicy.

     Wielką rolę odegrali w tym procesie Antoni Muracki, polski menedżer Jaromíra, a zarazem tłumacz jego piosenek, które to przekłady sam również wykonuje na scenie oraz Renata Putzlacher, poetka, druga spośród najbardziej znanych tłumaczy piosenek Nohavicy, a także – wraz z nim – współzałożycielka kawiarni poetyckiej Avion w czeskim Cieszynie i polsko-czeskiego stowarzyszenia artystycznego. Ta dwójka jako pierwsza podjęła trud przybliżenia polskiej publiczności utworów czeskiego piosenkarza. Dzięki staraniom Murackiego wydany został w 2008 roku dwupłytowy album „Świat według Nohavicy”, składający się z piosenek barda z Ostrawy w interpretacjach polskich artystów – i to nie tylko tych znanych z kręgu poezji śpiewanej (jak Edyta Geppert, Wolna Grupa Bukowina, Mirosław Czyżykiewicz, Tadeusz Woźniak, czy Paweł Orkisz) lub kabaretu (Artur Andrus, Krzysztof Daukszewicz), ale i popularnych w daleko szerszych kręgach, jak Stanisław Soyka, czy Zbigniew Zamachowski. Album stał się wkrótce platynową płytą i znacznie podniósł rozpoznawalność twórczości Jaromíra Nohavicy w Polsce.

     Po 2000 roku Nohavica zaczął koncertować w Polsce coraz częściej. Pierwszym utworem, który stał się tu – niszowym wprawdzie, ale jednak przebojem – była skrząca się ironicznym, czarnym humorem piosenka „Až to se mnu sekne” (Kiedy odwalę kitę). Później przyszły kolejne – Polakom podobały się zwłaszcza te, które dotyczyły czesko-polskiego pogranicza, jak „Dokud se zpívá” (Póki się śpiewa), czy „Těšínská” (Cieszyńska). Ale nie tylko. Piosenki Nohavicy są uniwersalne i może się z nimi identyfikować każdy europejczyk. W Polsce bardzo popularne stały się „Kometa”, „Sarajewo”, „Darmodziej” (najczęściej tłumaczone na polski utwory Jaromíra Nohavicy), czy „Myszka Miki”, którą również żona samego autora, Martina, uważa za najlepszy jego utwór. Ostatnio z impetem dołączyła do tego grona „Minulost”, przebijając na najbardziej prestiżowej polskiej liście przebojów wszelkie „mainstreamowe” produkcje muzyczne, jakie miały nieszczęście z nią bezpośrednio konkurować. Nic dziwnego, że i menedżerowie Nohavicy postanowili zareagować na ten ogromny przypływ popularności – właśnie ukazała się płyta „Kometa – the best of Nohavica”, przygotowana specjalnie dla słuchaczy z Polski. Sam Jaromír mówi o trudnościach z wyborem piosenek na nią:
? Trudne to zadanie. Powiedzieli: „Wybierz na płytę czternaście pieśni dla swoich polskich fanów. Zrobimy takie the best of”. Oj – pomyślałem sobie – od niemal czterdziestu lat piszę piosenki, parę setek już ich napisałem, a oni chcą czternaście. Co tu zrobić? Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy: „Zapytam przyjaciół z Polski”. Ale chyba wy sami najlepiej wiecie, jak to z Polakami bywa – trzej Polacy i pięć różnych zdań. Byłem skazany sam na siebie. Ale w końcu jakoś sobie poradziłem. Uratowała mnie taka mała nadzieja, że to może nie ostatnie z wami spotkanie i na „dwójeczkę” wybiorę następne swoje pieśni. Tak samo ważne jak te, które prezentuję dziś.



Anielskie pióro

     Co takiego jest w jego piosenkach, że trafiają do Polaków lepiej niż utwory jakiegokolwiek polskiego wykonawcy z tego nurtu? Dlaczego Nohavica zdobył sobie tu pozycję porównywalną w swoim gatunku może tylko ze statusem Leonarda Cohena czy Boba Dylana, o czym żaden ze współczesnych rodzimych śpiewających poetów nie może nawet marzyć? W jaki sposób to właśnie Czech zdobył serca Polaków?

     Po części to pewnie efekt jego pochodzenia, życia u zbiegu kultur (Nohavica nigdy nie chciał przeprowadzić się, wzorem innych gwiazd w swoim kraju, do Pragi – wciąż mieszka w rodzinnej Ostrawie), gdzie miał możliwość czerpać pełnymi garściami także z polskich inspiracji. Przed laty napisał o tym tak:
? Odległość z balkonu mojego bloku na ulicy Zielonej w czeskim Cieszynie do Wieży Piastowskiej mierzyła zaledwie kilkaset metrów w linii prostej. Przynajmniej oczyma mogłem błądzić pomiędzy stolikiem, przy którym czytałem Iwaszkiewicza a ziemią, która była jego ojczyzną. Z Cieszynem – miastem, gdzie w rodzinie czeskich muzyków urodziła się moja żona Martina i gdzie przeprowadziłem się po odbyciu służby wojskowej, ponieważ w Ostrawie znalezienie mieszkania i pracy było prawie niemożliwe – miałem wielkie szczęście. Pod koniec lat 70. i na początku 80. było to miejsce, które dzięki kontaktom z piękną polską kulturą umożliwiło mi czerpanie wody z bogatego i życiodajnego polskiego morza do swego stęchłego, czeskiego stawu. Nigdy nie byłbym tym, kim jestem, gdyby nie polskie drzewa, których owoce były deserem po moim czeskim, mięsnym obiedzie.

     W jakimś stopniu popularność Nohavicy to sprawa jego znakomitego kontaktu z publicznością – w Polsce Nohavica prowadzi konferansjerkę po polsku, zaprawiając ją swoim lekkim poczuciem humoru i likwidując bariery. Być może też ta lekkość właśnie, ten łagodnie ironiczny stosunek do tematów swoich piosenek, do ich bohaterów, stanowi o tym, co odróżnia Nohavicę od polskich, często śmiertelnie poważnych lub napuszenie melancholijnych bardów. Charakterystyczne czeskie podejście do życia „niezbyt serio”, budzi w nas tęsknotę za czymś odmiennym od typowo polskiego malkontenctwa i bogoojczyźnianej wzniosłości, typowej dla wielu twórców w kraju.

     A może chodzi o niezwykły talent do pisania melodii, które zagnieżdżają się w pamięci, nie popadając zarazem w banał i tandetę? Muzyki, która – choć często oparta na całkiem prostych akordach – oferuje nam jednocześnie takie ich zestawienia, z jakimi dotąd się nie spotkaliśmy? Ostatnio wygrywane zresztą przez towarzyszącego Nohavicy na koncertach i w studiu świetnego polskiego akordeonistę, Roberta Kuśmierskiego. Jaka by nie była faktyczna przyczyna, to Czech znalazł klucz, otwierający drzwi, dla większości rodzimych poetów piosenki zamknięte.

     Ale przecież jest to klucz nie tylko do polskich serc. Braci Czechów Nohavica zdobył już znacznie wcześniej, Słowaków również. To jeszcze było łatwe, bo jest on mistrzem swego języka (co prawdopodobnie pomogło mu także zdobyć swego czasu tytuł mistrza kraju w scrabble). Wiele jego tekstów składa się z misternie skonstruowanych gier słów, pełne są one fascynujących współbrzmień, a przy tym nadal swobodnie „płyną”, śpiewnie i niewymuszenie. Jednak na jego oficjalnej stronie możemy znaleźć też tłumaczenia piosenek na angielski, niemiecki, a nawet włoski czy węgierski – nie tylko więc o melodię czeskiego języka tu chodzi. Tematyka tych piosenek rozciąga się z niebywałą zręcznością i bez dysonansów pomiędzy życiem codziennym, z jego pospolitymi i trywialnymi nieraz aspektami, a sprawami ducha i światem niematerialnym, bądź wymiarem kosmicznym wręcz, dając pole rozbudowanej metaforyce. Chętnie sięga Nohavica do swych ulubionych symboli – nieba, aniołów czy komet (nic dziwnego więc, że jego imieniem została nazwana jedna z krążących w przestrzeni planetoid – 6539 Nohavica). Ale tym, co najczęściej spina jego piosenki, co stanowi wspólny mianownik bodaj większości tekstów, jest miłość – szczęśliwa bądź nie, ale zrozumiała pod każdą długością i szerokością geograficzną. I to uczucie, które Jaromír Nohavica przedstawia nam od każdej niemal strony w swych poetyckich obrazach, to słowo, odmieniane przezeń przez wszystkie przypadki obu naszych języków, sprawia zapewne, że Polacy także nie mogli nie pokochać jego piosenek.

     Nohavica jest gwiazdą, ale nie zachowuje się jak gwiazdor. Pojawił się na wspólnym, czesko-polskim niebie jak kometa, ale chyba prędko z niego nie zniknie – jego „złoty wiek” zaczął się jeszcze w poprzednim stuleciu, ale do końca tej epoki wciąż daleko. Nigdy nie był aniołem, ale anioły jakby unosiły się nad tym, co pisze. Ulegał diabelskim podszeptom, ale dzięki wewnętrznej sile potrafił też nie ulec pokusom do końca. Może i zdobył wierzchołek swojej „alkoholowej góry”, ale nadal jest w drodze na swój prawdziwy szczyt. Droga ta wiedzie także przez Polskę.

 

Tomasz Borkowski
Magazyn WSPAK, czerwiec 2013
 


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line