JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


ARTYKULY
 

W trasie za Jarkiem
Gadki z chatki” (nr 3/2013)


     Jeden z popularniejszych w Polsce portali poetyckich ma zwyczaj organizowania dla swoich użytkowników – z reguły raz na kwartał – konkursów poetyckich. Do pełnienia funkcji jurora zaprasza się zwykle przy takiej okazji jakiegoś uznanego literata, za każdym razem innego, przy czym raz się go przedstawia, innym razem uważa się to za zbędne. Praktyka ta budzi liczne kontrowersje i trudno, żeby było inaczej, skoro na przykład Leszka Długosza zaprezentowano jako „poetę, kompozytora, aktora”, a z kolei przy nazwiskach Józefa Barana i Krzysztofa Lisowskiego pojawiła się adnotacja „przedstawiać zapewne nie trzeba”. To oczywiście bardzo subiektywne odczucie, bo ja akurat w chwili ogłaszania konkursu nie miałem pojęcia, kim jest Lisowski (skądinąd rzeczywiście bardzo ciekawy poeta i eseista), podczas gdy twórczość Długosza świetnie znałem.

     Jakkolwiek jednak krytycznie oceniałbym tę praktykę, zupełnie niepotrzebnie wprowadzającą pewną hierarchię między zacnych jurorów, tak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Jaromír Nohavica jest kimś, kogo czytelnikom pisma folkowego „przedstawiać zapewne nie trzeba”, i o ile w Polsce odzywają się od czasu do czasu głosy w dyskusji, co to jest folk, jakie są jego granice, o tyle dla Czechów sprawa jest jasna – folková hudba to jest właśnie taka muzyka, jaką tworzy Jaromír Nohavica. Nie będzie chyba przesadą, gdy powiem, że pomnik Nohavicy w charakterze wzoru pieśniarza mógłby dla nich stanąć obok wzoru metra w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sevres.

     Skoro jednak nie trzeba przedstawiać samego Nohavicy, to może warto poznać kilkoro z licznej rzeszy fanów, której dorobił się w Polsce? Są oni świetnie zorganizowani, a ich życie toczy się od jednego wyjazdu na koncert do drugiego. O koncertach dowiadują się z reguły albo pocztą pantoflową, albo elektroniczną, albo ze strony domowej wykonawcy czy z serwisów społecznościowych, albo z Trójki... tyle że prawdziwy fan i tak wie, że Jarek (bo pod takim imieniem funkcjonuje dla fanów Nohavica) lubi robić niespodzianki, i codziennie wpisuje do wyszukiwarki jego nazwisko z zaznaczeniem, że chodzi mu o wyniki z ostatnich dwudziestu czterech godzin.

     Skoro już o prawdziwych fanach mowa, to nie może dziwić, że w drodze na taką imprezę są oni w stanie pokonać znaczne odległości, na przykład rekord pani Jadwigi Jarczyk z Zielonej Góry to podróż do Stražnic na południowym wschodzie Republiki Czeskiej, państwa Joanny i Grzegorza Markiewiczów z Katowic – do Pragi, a pani Ireny French z Cieszyna – do Lublina. Pani Jadwiga skwapliwie podlicza, że była już na 27 koncertach w Polsce, 33 w Czechach, po jednym w Niemczech i na Słowacji, a dodatkowo trzy razy w Ostrawie na operach Mozarta, do których Nohavica napisał libretto, w tym na dwóch premierach (co nie jest bez znaczenia, ponieważ słusznie przypuszczała, że go na tych premierach spotka). Oczywiście często są to wyjazdy w kilkuosobowych grupach, rodzinnych lub towarzyskich, do których próbuje się czasem włączyć nowego „kandydata na fana”, z takim czy innym skutkiem. Zdarza się też, że jedzie się indywidualnie, a wraca – ze świeżo poznanymi znajomymi. Z kolei pan Leszek Berger z Warszawy lubi na koncerty do stolicy zapraszać. Miał kiedyś z Opawy grupę klientów (z zawodu jest adwokatem), którzy wcześniej narzekali na to, że im się nigdy nie udaje kupić biletów na Nohavicę. Jako że mieli być w Warszawie badać finanse spółki kupowanej przez ich spółkę, pan Leszek nakazał im przyjazd dzień wcześniej i stawiennictwo w wyznaczonym miejscu. Doznali szoku, gdy się okazało, że gospodarz wykupił im bilety na miejsca w pierwszym rzędzie, i to jeszcze na wprost mikrofonu!

     Sposób podróżowania na jarkowe występy to też temat na osobną rozmowę. Jedynie mieszkająca pod regularnie odwiedzaną przez Nohavicę Warszawą pani Ewa Żołnowska-Najar ma ten komfort, że dojeżdża komunikacją miejską. Pozostali zdani są z reguły na samochód, autobus lub pociąg (choć z drugiej strony podroż publiczną komunikacją w Czechach daje możliwość autentycznego poczucia atmosfery "czeskości"). Pani Jadwiga Jarczyk ma już opracowane stałe trasy – i tak do Czech od wschodu należy wjeżdżać przez Cieszyn, przejść spacerkiem przez most na Olzie pod zamkiem do Českého Těšína, a dalej, jak w piosence, pociąg odchodzi co kwadrans. Od zachodu do Pragi można tanio pojechać z biletem Euro-Nysa przez Bolesławiec lub Węgliniec, następnie Zgorzelec, Görlitz, Zittau do Liberca, z Liberca już liniowym autobusem. Dużo przesiadek, ale to nie przeszkadza, wprost przeciwnie. W lecie warto wypróbować przejście przez Chałupki-Bohumin, Kudowę-Náchod lub Lubawkę-Kralovec, oczywiście sprawdzając wcześniej rozkład jazdy. Z kolei do Brna można za sensowną cenę dojechać bezpośrednim autobusem relacji Wrocław-Wiedeń.

     Gdy się jedzie tak daleko, czy to na występ Nohavicy w Polsce, czy za granicą, to wypada gdzieś przenocować. Pan Marcin Stachoń z żoną Basią, podróżujący zazwyczaj ze swoim bratem Darkiem i jego żoną Magdą, wszyscy z Tych, starają się wybrać hotel w miarę blisko sali koncertowej, by potem można było dojść spacerkiem. Nocuje się też w schroniskach młodzieżowych, pensjonatach, internatach, akademikach, na kwaterach prywatnych, a bywa, że i u znajomych. Jeśli nie da się inaczej, warto noc przeczekać w gospodzie lub w salonie gier – zawsze to ciekawiej i cieplej, niż na ulicy. No i szczególnie trzeba się przygotować na koncert plenerowy – wziąć ciepłe ubranie, pełne buty, coś pod pupę łącznie z folią na mokrą trawę, środek przeciwko komarom, pelerynę, wodę i kanapki. Nie jest natomiast zalecane przy takiej okazji piwo.

     Osobna historia – zdaniem pani Jadwigi – to zdobywanie biletu. Na czeskie koncerty bilety kupuje się stojąc w wielogodzinnych kolejkach, przeważnie nie jest bowiem prowadzona sprzedaż przez internet. Trzeba więc specjalnie po taki bilet pojechać, terminy i miejsca sprzedaży są przecież z wyprzedzeniem ogłaszane. W kolejce trzeba stanąć kilka godzin przed otwarciem kasy. Można też poprosić zaprzyjaźnioną miejscową fankę, ma najbliżej. Każdy musi sam wynaleźć swój sposób. Pani Jadwiga wspomina: „pojechałam do Czeskiego Cieszyna z ambitnym planem, że będę pierwsza w kolejce po bilety. Całą noc spędziłam w gospodzie „Orlice” naprzeciw kasy, obserwując wejście do punktu sprzedaży. Miejscowe towarzystwo, które przy piwie śpiewało i tańczyło, zaprosiło mnie do zabawy. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem, może nawet z pobłażaniem, ale to była miła noc. O szóstej rano stanęłam pod drzwiami kasy. O 6:10 przyszła następna osoba, a sprzedaż rozpoczynano o dziesiątej. Opłaciło się. Dostałam bilet”.

     No i w końcu najważniejsze – sam koncert. W powszechnej opinii fanów koncerty w Czechach czy na Słowacji są lepsze od tych organizowanych w Polsce – podczas gdy za naszymi południowymi granicami zupełnie naturalne jest, że publiczność podśpiewuje sobie razem z artystą, u nas takie zachowanie może wywołać u innych widzów zgrzyt potępienia, a może nawet wzniesioną brew sromoty. Ten być może nieco nabożny stosunek naszej publiczności do poezji śpiewanej wyraża się też kilkugodzinnym wyprzedzeniem, z jakim schodzi się ona na występ swojego ulubionego wykonawcy, podczas gdy tam zdarza się, że sala jest zupełnie pusta jeszcze na dwadzieścia minut przed imprezą. Na koncertach w Czechach zupełnie inny jest też Jarek, u nas oficjalny i ugrzeczniony (choć parę razy wykazał się asertywnością), a tam – słowami pana Grzegorza Markiewicza – jak się rozkręci, to bardzo często zapomina, że jest na scenie - i pierwotny plan koncertu zapełniają co rusz jakieś smakowite dygresje. Wiele z tych spontanicznych reakcji później pojawia się już w normalnym programie i to jest najbardziej fascynujące – obserwowanie, jak Nohavica zmienia się z koncertu na koncert, jak wymyśla, improwizuje, sprawdza, sonduje publiczność… W trakcie koncertu wyciąga kartkę, czyta czterowiersz, który przyszedł mu poprzedniej nocy do głowy, na kolejnym jest to, ciągle z kartki, już całkiem spory wiersz, a na kolejnym już piosenka, a potem całkiem inny aranż i jeszcze inny… W Polsce w zasadzie zdarzało się coś takiego tylko w katowickim „Korezie” – ale od czasu, gdy Nohavica został wielką gwiazdą, takich kameralnych miejsc jak „Korez” już nie odwiedza. „Trochę szkoda – podsumowuje pan Grzegorz – że Jarek tą wielką gwiazdą został, i trochę się boję tej mody na Nohavicę… bo gdy moda się kończy, zostaje obciach”.

     Nohavica bardzo nie lubi, gdy rozpoczęcie występu się opóźnia. Raz w Polkowicach konferansjerka bardzo prosiła o cierpliwość, bo „czekamy na bardzo ważnych gości”, i tak czekano kilkadziesiąt minut. Koncert się w końcu rozpoczął, pani, która go prowadziła, przeprosiła Nohavicę i publiczność za to niewielkie opóźnienie z uwagi na to, że „zaszczycili nas goście aż z Legnicy i Jeleniej Góry” – i sala odpowiedziała głośnym „buuuu” - bo było na niej sporo osób, które, żeby spotkać się z wykonawcą, przejechało pół Polski, a może i więcej. Kim byli ci bardzo ważni goście, do dzisiaj nie wiadomo, a koncert był średni – Nohavica był cały czas bardzo na dystans, czego relacjonujący to wydarzenie Grzegorz Markiewicz był świadkiem po raz pierwszy i chyba ostatni.

     Oddajmy jednak znowu głos pani Jadwidze: „Intuicja mówiła mi, że Jarek śpiewa o ważnych sprawach i zrozumienie poety i jego wierszy stało się moim celem. Jest to oczywiście niemożliwe i zawsze moje zrozumienie będzie tylko i wyłącznie moją interpretacją, ale żeby się zbliżyć do sensu, trzeba poznać rzeczywistość, z której poezja wyrosła. Ktoś powie: mamy na przykład Kaczmarskiego, jest Kryl, dlaczego nie oni? Odpowiadam – krótko – w Kaczmarskim jest za dużo agresji, a w Krylu – rozpaczy. W poezji Jarka jest trzeźwe spojrzenie, dystans, błyskotliwość myśli, piękno i dowcip słowa, liryzm, romantyzm i erotyka oraz nadzieja, że prawda i miłość zwyciężą nad kłamstwem i nienawiścią”. Jeśli się ma szczęście, to można także liczyć na chwilę rozmowy z artystą przed lub po występie. Rozmowy są króciutkie, ale zawsze o czymś – o miejscowej atrakcji, o konkretnej piosence, o tekście, o płycie, o książce... Bardzo często wokalista rozpoznaje swoją publiczność z poprzednich imprez, „a, to znowu wy!” – można usłyszeć wcale nie tak rzadko.

     Pan Leszek Berger wspomina dwa następujące po sobie w odstępie kilku dni, a może nawet dzień po dniu, koncerty Nohavicy z konferansjerką Artura Andrusa – w Studiu Trójki na Myśliwieckiej w Warszawie oraz w łódzkiej „Przechowalni”. Pierwszy – przy drętwej atmosferze, o której zapewne przesądziła surowa zapowiedź jakiejś pani, że koncert będzie nagrywany i uprasza się bez żadnych ekscesów, drugi – z cudownie reagującą publicznością. Po drugiej z imprez pan Leszek, skądinąd z pochodzenia właśnie łodzianin, nie omieszkał podejść do prowadzącego i podsumować imprezę przygotowaną zawczasu zaczepką: „No widzisz, Artur, w Łodzi – wychodzi”. Reakcja Andrusa była natychmiastowa: „A w Warszawie – prawie”.

     Szczególną atrakcję stanowią premiery kolejnych płyt Jaromíra Nohavicy. Polegają one na tym, że artysta z gitarą i heligonką w towarzystwie fanów obchodzi wybrane knajpy położone przy słynnej ostrawskiej ulicy Stodolnej, w każdej witając się ze zgromadzonymi, grając po trzy piosenki i zostawiając stosik płyt na sprzedaż. Trasa takiego przemarszu utrzymywana jest niby w tajemnicy, ale „całe miasto wie”, które lokale się na niej znajdą.

     Przygotowana specjalnie na koncert koszulka z zarysowaną kilkoma kolorowymi kreskami podobizną Jarka i napisem „Anděl strážný” przydała się panu Marcinowi Stachoniowi, gdy wraz z bliskimi wracał samochodem do domu, cały czas jeszcze przeżywając występ swojego ulubionego artysty. Nagle na autostradzie wypadek. Za lekkim łukiem, w bardzo bliskiej odległości widać było zakorkowaną trójpasmówkę. Na liczniku sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. „Przerażenie, panika, wielki strach, gwałtowne hamowanie i najgorsze – czekanie. Czy uda się wyhamować? Nic już nie zależało od nas… Udało się, szczęściem – samochód za nami też zdążył. Odetchnęliśmy z ulgą, ale ręce trzęsły się jeszcze przez długą chwilę. Może to zabrzmi naiwnie, ale pomyślałem tylko jedno… on při mně stál…”

     Może się zdarzyć, choć rzadko, że z jarkowego koncertu wraca się... z samym Jarkiem, i to jego samochodem. Taka właśnie niespodziewana przyjemność spotkała pana Leszka Bergera, którego własny środek lokomocji utknął w warsztacie w Toruniu, a trzeba się było dostać na koncert do Warszawy, i tu właśnie pomocny okazał się Nohavica. Niestety, czy to przez to zamieszanie z wozem, czy z jakiegoś innego powodu, wyjazd z Torunia się opóźnił i trzeba było nadrabiać stracony czas, a tymczasem na normalnej trasie, tej, którą podpowiadały drogowskazy, panował niemiłosierny tłok. Nie było paniki, ale zaczynało się robić nerwowo, a próba wyprzedzania na ciągłej przy ograniczeniu dopuszczalnej prędkości, i to na skrzyżowaniu, skończyła się, po negocjacjach, stuzłotowym mandatem. Pan Leszek ma duży staż jako kierowca, poza okresem śnieżnych zim preferuje drogi węższe i bardziej kręte, ale nie zapchane tirami, pozwolił więc sobie wyznać artyście, że zna tam taką boczną trasę, może nie za szeroką, ale pozwalającą na dojazd o czasie, a może nawet trochę przed czasem. Nohavica się zgodził. We Włocławku przeskoczyli więc na drugi brzeg Wisły i dalej przecinać się przez różne wioski, wąskie, kręte asfalty, zdarzyły się nawet jakieś dwa kilometry gładką gruntówką. Trochę kręcenia kierownicą w każdym razie było, bo zakręty nie były wyprofilowane jak na głównych trasach, ale za to pusto! Nohavica jako kierowca był sprawny i przytomny, dojechali więc bez problemów i w niezłym czasie, ale już w Warszawie spojrzał na pana Leszka wilkiem i oznajmił, że jeśli chodzi o te alternatywne trasy, to on na przyszłość jednak dziękuje. Czy wilk był na poważnie, czy jednak taki trochę udawany, tego do dzisiaj nie wiadomo.

     Chyba wszyscy fani Nohavicy, do których udało mi się dotrzeć, pod wpływem jego piosenek zainteresowali się kulturą czeską, Republiką Czeską jako celem krótszych lub dłuższych wypadów turystycznych, stali się czechofilami (choć u niektórych zainteresowanie Czechami wyprzedziło zainteresowanie samym bardem z Cieszyna), a pani Jadwiga, rozczarowana przekładem jednej z jarkowych piosenek, ukończyła prowadzony przez Uniwersytet Warszawski dwuletni internetowy kurs języka czeskiego i może się pochwalić wydanym przez Uniwersytet Karola w Pradze certyfikatem B2, z którego jest bardzo, bardzo dumna. Pan Grzegorz Markiewicz wspomina: „u mnie najpierw była czechofilia, ale głównie filmowa i literacka, intrygowała mnie również historia Czech, zwłaszcza ostatniego stulecia, była też muzyka i był też Nohavica, ale gdzieś w tle - aż przyszedł... „Rok diabła” i moja żona odkryła Jarka i zaczęliśmy już wspólnie systematycznie zagłębiać się w jego twórczość, a potem zaczęliśmy odkrywać Czechy na nowo tropem piosenek Nohavicy”.

     Nieco inny jest przypadek pani Ireny French, bo całe życie (wyjąwszy okres studiów) mieszka w Cieszynie. Jednak w czasach jej dzieciństwa granica z Czechami izolowała Cieszyn od Czeskiego Cieszyna. Nie miała pani Irena rodziny na Zaolziu, więc nie miała powodu, by tę granicę przekraczać, a powód był konieczny, by uzyskać przepustkę. W czasie, gdy Jaromír Nohavica mieszkał tuż za Olzą, ten Czeski Cieszyn i Czechosłowacja w żaden sposób w jej życiu nie zaistniały, w ogóle ich nie było. Przez ćwierć wieku przekroczyła graniczną rzekę raptem kilka razy. A potem zaczęła pracę w cieszyńskim muzeum, co w naturalny sposób skierowało jej uwagę w tamtą stronę, potem zobaczyła spektakl „Cieszyńskie nebé” i pojechała na pierwszy koncert. Jako że natychmiast zachłysnęła się muzyką Nohavicy, naturalną konsekwencją było rozpoczęcie nauki czeskiego, oglądanie czeskiej telewizji i słuchanie czeskich stacji radiowych. Po drodze okazało się, że najpiękniejszym miastem, jakie widziała w życiu, jest Praga, więc teraz z przyjemnością tam wraca (skądinąd odwiedziny znanej z jednej z piosenek stacji metra Jiřího s Poděbrad (te schody!) są obowiązkowym punktem wizyty jarkowego fana w Mieście nad Wełtawą. I teraz, jeśli tylko planuje jakiś wypad weekendowy, są to tereny czeskie. Kultura czeska stała się dla niej niezwykle frapująca i ważna, ma do niej olbrzymi sentyment, ale bez idealizowania. Mówi: „mogę z całą stanowczością powiedzieć, że zetknięcie się z pieśniami Nohavicy otwarło mi okno na południe, które wzbudza moje szczere zainteresowanie i wielką sympatię. Relacje polsko-czeskie w moim regionie odbiegają nieco od tych klasycznych, gdyż tkwią korzeniami w skomplikowanej historii Śląska Cieszyńskiego, o który niecałe sto lat temu toczyliśmy z Czechami bój, i to bój krwawy, więc antypatia starszych pokoleń wobec Czechów nie jest tu niczym zaskakującym. Też musiałam z nią się zetknąć, bo kiedy mój mąż przyniósł pewnego razu płytę Nohavicy i zaproponował, żebym jej posłuchała, bo jest na niej piękna piosenka o Cieszynie, ja to absolutnie zlekceważyłam i okazałam swoją, hmm, pogardę pewnie, zapytując: „Po czesku?!”. Jednak po kilku tygodniach w końcu jej wysłuchałam. I się wtedy rozpłakałam – bo nikt nie napisał tak pięknej piosenki o Cieszynie!”

     A oto wspomnienie pani Ewy Żołnowskiej-Najar: „Pochodzę z Ziemi Kłodzkiej, to taki zakątek Polski leżący w zasadzie w Czechach. Kontakty z Czechami i osłuchanie się z językiem miałam zapewnione w zasadzie od maleńkości. Czechy i Czechów lubię, ich kuchnię i piwo, literaturę (Hrabal, Hašek, Čapek), filmy, sztukę (Mucha to mój ulubiony secesjonista!)... No i nie zapominajmy o wielkim szacunku dla największego czeskiego geniusza, Járy Cimrmana! No właśnie, absurdalny, ale ciepły czeski humor! A przede wszystkim lubię ich spokojne, konkretne, wyluzowane podejście do życia. To chce klid... Żeby tak u nas tego więcej, bez spinki... A, jeszcze czeskie koleje uwielbiam. Zwłaszcza lokalne górskie električki i motorački, i zawsze sympatycznych konduktorów. I zniżki na czeskich kolejach kocham namiętnie. Czeski język znam od dawna, tak jak przygraniczny Polak może znać czeski. Prawie wszystko rozumiem, ale dogaduję się czesko-polsko-migową mieszanką. Piosenki Jarka wiele mnie nauczyły, ale przede wszystkim otworzyły mi oczy i uszy na bogactwo tej mowy. Nie ma to jak uczyć się od poety. Dzięki Jarkowi można osiągnąć stan, w którym przestaje nas bawić sam dźwięk czeskiego, a zaczyna docierać prawdziwy czeski humor”.

     Szczególne zainteresowanie kulturą czeską przejawia pan Witt Wilczyński z Warszawy: „Uwielbiam, jak Nohavica śpiewa piosenki piłkarskie, w tym hymn Banika Ostrava - i jak mówi po polsku na polskich koncertach. Miałem okazję porozmawiać z nim po jednym ze stołecznych koncertów, przesympatyczny człowiek! W kwestii Ostrawy i Czeskiego Cieszyna (oraz zasadniczo Czech i Słowacji) są to wielkie oczy pań sprzedawczyń na widok mojego przeogromnego zachwytu nad możliwością zakupienia kofoli, którą uwielbiam, a także są to miłe wspomnienia z nadażających się okazji uzupełnienia mojej kolekcji szalików piłkarskich (Banik Ostrava, Viktoria Žižkov Praha, Sparta Praha, FK Čadca, MSK Žilina, Reprezentacja Czech, Reprezentacja Słowacji - każdy ma swoją historię, którą długo by można opowiadać)”.

     To prawda, w zgodnej opinii fanów Jaromír Nohavica jest sympatycznym, ciepłym facetem, który kocha swoją publiczność i zawsze znajdzie dla niej czas. To sama przyjemność z nim pogadać. Być może to również z myślą o swoich licznych fanach, pokonujących dla niego spore odległości, napisał jedną ze swoich najbardziej znanych pieśni – tutaj w moim przekładzie – „Dokud se zpívá” (Póki się śpiewa):

 



Jadą co kwadrans pociągi z Cieszyna gdzieś hen,
Wczoraj nie spałem i dziś też nie w głowie mi sen,
Piątej mi klepki – kpi ze mnie mój patron – jest brak,
Lecz póki się śpiewa, póty to życie ma smak!

Kupię na dworcu gorącą kiełbasę i chleb,
W sercu mam miłość, piosenek zaś pełen mam łeb,
Wiem ja ze szkoły, co robić wypada i jak,
Lecz póki się śpiewa, póty to życie ma smak!

Bilet zachowam – mam album gdzieś w szafie na dnie,
Właśnie ruszyłem, a dokąd dojadę – kto wie?
Świat się za oknem przesuwa raz w przód, a raz wspak,
Lecz póki się śpiewa, póty to życie ma smak!

Wiele-m przepłacał i wiele-m na krzywy brał ryj,
Gdzie jest marchewka, tam zwykle się znajdzie i kij,
Choćby więc sępy czekały, aż padnę na wznak,
To póki się śpiewa, póty to życie ma smak!

Jadą wagony, a w każdym miejsc będzie ze sto,
Chwytam telefon: „Hej, ludzie! Czy słyszy mnie kto?”
Z bardzo daleka odpowiedź układa się tak:
Jak? Póki się śpiewa, póty to życie ma smak!

 

     Serdecznie dziękuję bohaterom niniejszego artykułu za pomoc w jego napisaniu, a panu Leszkowi Bergerowi dodatkowo za cenne uwagi odnośnie przekładu.
 

Maciek Froński


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line