JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

Gorący koncert w Lucernie


     464 kilometry to jak na razie rekord odległości, jaka dzieliła nas od koncertu naszego przyjaciela – Jarka Nohavicy. Jeśli drogę tę przebywa się w dobrym towarzystwie – wierzcie mi naprawdę nie czuć w plecach przesiedzianych w samochodzie prawie 6 godzin podróży. Co prawda nawigacja pokazuje, że 5 godzin wystarczy, jednak Praga w godzinach szczytu każe uważniej przyjrzeć się swej malowniczej architekturze i cenom piwa w knajpkach i restauracjach wstrzymując co rusz powzięty zamiar jak najszybszego osiągnięcia celu. Prędko jednak zapominamy o godzinach podróży i lekkim zmęczeniu, kiedy pani przy recepcji wita nas miło: „Dobrý den”.

     Hotel to malownicza kamienica, która (nie wiem w jaki sposób) ukryła w sobie aż 106 (naprawdę wygodnych) pokoi. Jednak nie ma zbyt dużo czasu na zastanawianie się gdzie są te 104 pokoje naszych sąsiadów, wszak tylko kilka godzin zostało do koncertu, na który tak długo czekaliśmy; ostatniego w tym roku koncertu Jarka Nohavicy, który odbędzie się w Lucernie.

     Więc już po godzinie spacerujemy po praskich przedmieściach zmierzając do centrum i łapczywie łypiemy wzrokiem chłonąc klimat miasta. Choć dopiero kwiecień, ulice wypełnione, a wręcz przepełnione są turystami, którzy jak wnoszę po mnogości zasłyszanych języków, przybyli do Czech z najodleglejszych zakątków Europy, ale i świata. Nasz plan jest prosty. Zlokalizować Lucernę, a potem zasiąść gdzieś i przekąsić coś.

     Pierwsza część planu wykonana. Najpierw oczom naszym ukazują się ogromne, czarne samochody ze sprzętem, potem zaś fioletowy neon „Lucerna”. Wchodzimy do środka pasażu, gdzie blask i blichtr wystaw sklepowych wrzucony jest w przestrzeń architektoniczną z początków zeszłego stulecia. Intrygujące! Wcześniej, oprócz drogi na Štěpánską 61, nie czytaliśmy wiele o samej Lucernie, wybierając uczucie zaskoczenia, miast oczekiwania na widoki ujrzane i wiadomości zaczerpnięte z google. Uwagę naszą przykuwa pomnik Wacława, który siedzi (Wacław a nie pomnik, bo pomnik jest podwieszony u sufitu) na koniu zawieszonym do góry nogami. Po raz wtóry – intrygujące! No dobra – Lucerna zlokalizowana.

     Teraz szybko coś przekąsić. Zostały raptem dwie godziny. Głód powoli doskwiera. Kelner wprawdzie nie mówi po angielsku, ale przecież doskonale dogadujemy się na bazie mariażu językowego. Na pożegnanie, chcąc zabłysnąć – rzucam: „dékuji”, kelner zaś nie pozostaje dłużny, uśmiechając się odpowiada: „na razie”. Jest swojsko. Sympatycznie.
Przed wejściem do sali koncertowej już tłum ludzi. Zostało ponad 40 minut. Dziwne, schodzimy na dół. Nie wiedzieliśmy, że sala widowiskowa mieści się pod ziemią. Pan sprawdzający bilety po stosownym utarganiu fragmentu mówi „dziki moc” – od teraz już tylko tak będę dziękował prażanom – podoba mi się to określenie. Na pamiątkę dostajemy breloczek w kształcie skrzydełka Ikara z wyrytą, a przede wszystkim pamiętną datą: 14-16.04.2009 oraz kupon na zamówienie płyty, która będzie rejestracją koncertu. Schodzimy niżej… Całe szczęście jest… Jest stoisko… Naprawiając błąd popełniony swego czasu na koncercie w Bohuminie, gdzie nie nabyliśmy czerwonej koszulki z logiem Ikarusa, pospiesznie rzucamy się w stronę sprzedających. Dobrze, że jeszcze nie brakło L (elek). Dodatkowo zakup nie planowany – książka z tekstami i chwytami gitarowymi. Na to nie szkoda koron.

     Jak to? Jesteśmy dopiero na drugim piętrze sali? Jeszcze dwa piętra niżej są nasze miejsca na parkiecie. Jednak wtedy nie myślimy już o tym, że schodzimy coraz głębiej (pod ziemię). Taka refleksja przyjdzie później. Człowiek szukając swego, określonego na bilecie, miejsca, zmierza jak zahipnotyzowany. Ludzi wszędzie ogrom. Dwa piętra balkonów już są szczelnie obstawione. Po bokach parkietu tłumy. O słychać, że ktoś przyjechał z Polski. A my, jaki mamy rząd? Jaki rząd? 4! Czwarty? Tak blisko? Świetnie! Naprawdę czwarty? Wprawdzie bilety mieliśmy wcześniej, ale czasami czwarty rząd może być gdzieś z boku, na balkonie, daleko. A nas tylko trzy rzędy dzieliły od sceny. Widoczność fenomenalna. Zajmujemy miejsca z niedowierzaniem. Jest ciepło. Z boków coś zawiewa. Ale nieznacznie. Oglądam się za siebie. Kilka razy. Teraz dopiero jest chwila, by przyjrzeć się architekturze. A sala jest monumentalna. Jak wielka sala balowa z filmu kostiumowego, a po bokach balkony, a na nich te tłumy. Tłumy też obok nas. Na krzesełkach ustawionych na parkiecie brak wolnych miejsc. Dopiero teraz widzę, że pełno tu kamer i operatorów. No przecież. Przecież koncert jest rejestrowany. Punkt 20,oo wychodzi jakiś pan; wygląda mi na kierownika produkcji i mówi, że zaraz rozpocznie się koncert. Nie kłamie. Pięć minut później zaczyna się, choć nie gasną światła…

Marcin Stachoń
 

 


…nie gasną światła, nie milknie widownia. Ot tak zwyczajnie, niepostrzeżenie, dźwiękami pianina rozpoczyna się ostatni koncert w Lucernie. Nohavica wyłania się jednak zza scenicznej kotary już po kilku taktach pieśni Dlouhá tenká struna.
Na widowni zapada cisza.

     Ale trudno się skupić w pierwszych minutach koncertu. Przed, nad i z boku operatorzy kamer walczą o jak najlepsze ujęcie – a co chwila na którejś z kamer zapala się czerwone światło.

     Wiedzieliśmy że koncert ten będzie inny. I był inny…

     Powoli przyzwyczailiśmy się do kamer, kamerzystów, wysięgników i świateł (tych na kamerach i tych na widowni). Wtopili się w tło Jarka, który wciągnął nas w ten koncert.
Cały koncert był bardzo zaskakujący i bardzo inny od tych granych jeszcze niedawno w Czechach na Słowacji czy w Polsce. Jarek często zamieniał nie tylko gitarę z heligonką, ale również nastrój. Z łatwością przechodził od wzniosłych pieśni do tych zabawnych. A my wszyscy wsiedliśmy z nim na tą huśtawkę. Cała Lucerna dała się porwać.

    A Jarek? Jak to Jarek!

  • zagrał prawie wszystkie utwory z Ikarusa, a część (Pro Martinu, Ježíšek, Ona je na mě zlá, Mám jizvu na rtu) nie sam lecz z genialnym w swojej roli saxofonistą z Ostravy Michałem Žáček

  • porwał, grając szlagiery takie jak Ostarvo, Milionář, Jdou po mně jdou

  • poruszył przy znanych dobrze Plebs Blues, Muzeum, Hvězda

  • przypomniał rzadko grane na koncertach Mavatka, V moři je místa dost, Jako jelen když vodu chce pít, Na jedné lodi plujem, Jeruzalém, Potulní kejklíři
    Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mavatka (jedna ze starszych pieśni Nohavicy – choć zagrana ostatnio w Polsce podczas koncertu w Łazienkach Królewskich) oraz niewiarygodne wykonanie Potulni kejklíři, w której Nohavica zaangażował w kanon (mimochodem) publiczność w ostatnim refrenie

  • zinterpretował pieśń Karla Kryla Jeřabiny

  • zaprezentował nowość, owoc jego ostatniej trasy za oceanem, utwór Las Vegas

  • i kompletnie wszystkich zaskoczył (a na pewno Polaków) zapraszając na scenę hiphopowy czeski Pio Squad, z którym wykonał Ja tam byl po czym zostawił chłopaków na scenie z ich utworem.

     Oczywiście pomiędzy swoimi pieśniami Jarek uprawiał po mistrzowsku konferansjerkę - ale tego nie da się już opisać. To trzeba zobaczyć i usłyszeć.

     Ten koncert był inny nie tylko ze względu na repertuar, ale również z faktu, iż był rejestrowany. Jarek bardzo skupił się na jakości wykonywanych utworów.
Dwa z nich zdecydował się przerwać i powtórzyć: Ona je na mě zlá - bo zwyczajnie zapomniał teksu i Milionář, bo publiczność przeszła na klaskanie w metrum, którego po prostu nie ma.

     Nie można nie wspomnieć o wrażeniu, jakie za każdym razem robi na mnie głębia dźwięków jego gitary. Ciepłe, selektywne i lekko zbasowane brzmienie Larrivée to już nieodzowny składnik klimatu pieśni Nohavicy.

     To był długi wieczór, „opravdu dlouhý” – jakby powiedział Jarek.

     I czuć już przez skórę, że to ostatnia pieśń wieczoru. Na scenie Michal Žáček, Dalibor Cidlinský (pianista) i Jarek – cały czas skupiony – widać już jak dużo wysiłku kosztuje go ten koncert, jak bardzo zależy mu na idealnym zagraniu każdej piosenki.
Jarek nie schodzi ze sceny, nigdy nie schodzi po zagraniu zaplanowanego, ostatniego utworu. Z góry i uczciwie umawia się z widownią na bis - trzy utwory. Kiedy wybrzmiewa drugi z nich, Kometa, każdy wie że następny Anděl strážný będzie już ostatni. I Jarek z pewnością na scenie się już nie pojawi.

     W końcu słyszymy „Dobrou noc a opatrujte se...” widać, że Jarkowi trudno jest pożegnać się z publicznością. To ostatni koncert na dłuższy czas. Jarek ma wyrysowaną na twarzy ulgę, ale i wielki smutek - nie zapomnę tej chwili i całego koncertu. On pewnie też…

Darek Stachoń

 



     …on pewnie też poczuł to ciepło. Dzień był piękny. Pogoda sprzyjała. Jednak w sali, która znajduje się kilkanaście metrów pod ziemią, a w której dodatkowo znajduje się kilka tysięcy osób musi być ciepło i duszno i już. Nie ma innej opcji. Tak też było. Choć jestem skłonny wierzyć i przyznać, że nie temperatura, a wrażenia tak nas rozgrzały. Kiedy koncert się skończył, powoli niespiesznie we wrzawie rozemocjonowanych słuchaczy udajemy się kilka pięter do góry. Łyk świeżego powietrza i ciało zaznaje orzeźwienia, ale w głowie dalej wysoka temperatura. Siadamy w jakiejś knajpce by przy czeskim – jasnym podzielić się wrażeniami. Choć to praktycznie początek naszej wycieczki, zdajemy sobie sprawę, że to, co najważniejsze już niestety za nami.

     Następnego dnia Praga powitała nas wiosennym deszczem. Pierwszy punkt wycieczki: stacja metra Jerzego z Podebrad i przejażdżka schodami, które nie tylko w pieśni Jarka: „jedou a nechtějí stát”. Później Rynek Starego Miasta, most Karola, Hradczany… Jesteśmy oczarowani miastem, zabytkami, życzliwością Czechów; staramy się jak najwięcej podłapać języka, rozumieć, wczuć się w ten klimat.

     Wszystko co dobre (zbyt) szybko się kończy. Następnego dnia przed południem wyjeżdżamy z Pragi. Z miasta, w którym szkoda czasu na sen. To były intensywne trzy dni dla nas, ale i pewno dla Jarka. I choć zapewne „oba jsem unaveni a málo vyspaní” domyślam się, że równie mocno będzie nam brakować koncertów Jarka, jak Jarkowi jego publiczności.

     Na pocieszenie zostaje nam pamiętna data 07.06 (urodziny Jarka), kiedy to pojawi się płyta z koncertów w Lucernie. Choć to oficjalna data premiery w Czechach, nie obawiam się, że będziemy mieli problem z jej kupnem w Polsce, tak samo jak nie było problemu dostać bilety na koncert w Lucernie za pośrednictwem strony internetowej Jarka.

    A poza tym z niecierpliwością czekamy na całkiem nową płytę Jarka! Zapewne ta przerwa w koncertach okaże się niezwykle płodna w nowe pieśni, które już za rok będziemy mogli nucić na koncertach, tych w Czechach, Słowacji, ale jestem pewien, że także w Polsce!



Marcin Stachoń


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line