JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

Widziane oczyma fana


     Zawsze wiedziałem, że 13, to na przekór przesądom, bardzo szczęśliwa liczba. Od ubiegłej środy mam na to kolejny dowód, gdyż właśnie w 13 dniu stycznia, po raz pierwszy zawitał do mojego miasta, Jaromir Nohavica, aby podzielić się z nami swoimi rozmaitymi przemyśleniami, ubranymi w atrakcyjne szaty piosenek, pieśni, ballad i przyśpiewek. Koncert w auli Collegium Novum kaliskiej PWSZ, zgromadził komplet publiczności, dla której w dużej mierze było to pierwsze spotkanie z twórczością Jarka. Oni też najdłużej zachowali kamienna twarz, sądząc, że tak musi być, gdy Jarek wyszedł i ze spokojem zaczął opowiadać w języku czeskim o celu naszego dzisiejszego spotkania. Konsternacja wśród bywalców, była jednak znaczna, aż do chwili, gdy w dalszym ciągu zachowując twarz pokerzysty, Jarek przeszedł płynnie na język polski, informując zebranych, że język czeski również jest mu znany. No i zaczęło się…

     Na dobry początek popłynęły dźwięki jednej ze sztandarowych pozycji repertuarowych jaką jest piosenka „Dokud se zpiva” zawierająca łatwe do zrozumienia motto – dopóki śpiewam, dopóty żyję. I te słowa stały się punktem wyjścia, nie tyle do koncertu lub recitalu, lecz do barwnej opowieści o życiu, miłości, przemijaniu, wierze i prawdzie. Nie uzurpuję sobie prawa do rozwiązania zagadki niewątpliwego fenomenu Jaromira Nohavicy, który od wielu lat idzie własną drogą artystyczną, nie przejmując się zbytnio obowiązującymi modami i stylami. Nie jest również pupilem mass mediów, może tylko za wyjątkiem dotychczasowej Trójki PR.

     Jednak gdy Jarek zaczął opowiadać o tradycjach i o dorobku naszych przodków, na ramionach których stoimy ze swoimi obecnymi działaniami, sami będąc jedynie ogniwem pewnej ciągłości dziejowej, to pewna myśl olśniła mnie swoja oczywistością. Otóż aby móc przekazywać pewne treści, to poza oczywistą potrzebą posiadania cech takich jak rozsądek, wrażliwość i odwaga – trzeba mieć również bagaż własnych przeżyć i przemyśleń. Słowa o wartościach podstawowych w ustach Jarka, nie brzmią sztucznie i fałszywie. Podobnie jest z jego muzyką. Na koncercie nie uświadczysz żadnych playbacków, czy innych nowinek technicznych próbujących pustkę ubrać w atrakcyjną szatę. Cała ascetyczna scenografia stosowana przez Jarka na jego koncertach, ogranicza się do stojaka dla gitary akustycznej i stołka dla heligonki, która korzystając z uprzejmości swego aktualnego właściciela, wszak pierwszym był dziadek Jarka, obejrzała sobie kaliską publiczność. Jest jeszcze trochę światła i to wszystko. Każdy inny dodatek, przy treściach przekazywanych przez Jarka, byłby nie na miejscu.

     A opowieść Jarka biegła zgodnie z jemu tylko znanym rozkładem jazdy. Mogliśmy usłyszeć premierowe dla mnie wspomnienie wyprawy do USA i oddania się hazardowi w Las Vegas, by za chwilę poznać kwintesencję erotyzmu, o kobiecie kąpiącej się za cienkim przepierzeniem ściany, podczas gdy słuchający plusku wody, mężczyzna przeżywa katusze wyobraźni o wszystkim tym co dzieje się tak blisko a jednak jest zakryte przed jego wzrokiem. Aby zachęcić publiczność do aktywnej zabawy, Jaromir Nohavica zaproponował wspólne z nim odśpiewanie trzech a może nawet czterech refrenów „Cukierniczej bossanowy”, pobudzając wśród słuchaczy apetyt na wynalazek Jana Bechera pochodzący z roku 1807. Aby metoda emocjonalnej sinusoidy została zachowana, usłyszeliśmy wzruszające wyznanie skazanego na rozstrzelanie jutro rano o 5.00, który odważnie chce zapłacić rachunek za to, że „ žil jsem jak jsem žil ”,ale tak na dobrą sprawę żałuje tylko jednego, chwil w których nie całował swojej lubej. Smutno ? a wiec czas na opowieść o pewnej "robce", co nie miała rada swego chłopka, poprzedzoną próbą szczegółowego wyjaśnienia zawiłości lingwistycznych mieszkańców obu brzegów Olzy. Wesoło ? w takim razie posłuchajcie listu człowieka, którego fala przemian ustrojowych wyrzuciła na margines, piszącego swą skargę do tego, który jest tak wysoko, że już nie słyszy głosów z takich nizin. Posmutnieliście znowu ? zapraszamy więc do metra dla kretów gdzie wszyscy będzie śpiewać refren, jak rodowici Czesi – nie dotyczy to tylko Francuzów bo dla nich owe rrrrrrrrrrrrr, mogło być ciut za trudne, I taka przekomarzanka trwa w najlepsze aż do chwili gdy Jarek zdecydował się na premierowe polskie wykonanie piosenki "Ješte mi scházíš" czyli po polsku "Wciąż brak mi Ciebie" Piosenkę tę słyszałem już nie jeden raz, jej niepowtarzalny klimat, powodował, że nie chciałem zaglądać do polskich tłumaczeń tekstu, uznając, że pozostanę przy treściach, które gdzieś tam w duszy mi grały, ale gdy usłyszałem Jaromira Nohavicę śpiewającego polskie tłumaczenie Renaty Putzlacher – wiedziałem, że od tej chwili Ci wszyscy, którzy słuchają wraz ze mną koncertu Jarka, są już nieodwołalnie pod jego pełną władzą duchową. Naprawdę miałem nieodparte wrażenie, że słyszę wręcz, ciarki przechodzące po grzbietach publiczności. Oklaski, które rozległy się po jakżesz wymownej chwili ciszy, były tego najlepszym dowodem. A potem była już jazda bez trzymanki. Jarek co pewien czas przyjeżdża do Polski z towarzyszącymi mu muzykami czeskimi. Byli u nas, jego serdeczny przyjaciel Karel Plichal, był Vit Sazavski, był cały zespół Kapela. Tym razem chadzający swoimi ścieżkami artystycznymi Jaromir Nohavica, zaprosił na scenę polskiego akordeonistę Roberta Kuśmierskiego a ich specjalnie na tę okazję przygotowany walczyk w czasie którego obaj artyści podawali sobie melodię grając na harmoniach, był naprawdę ucztą nawet dla wytrawnych melomanów. Mieliśmy również w Kaliszu okazję wysłuchania, zapierającej dech w piersi interpretacji „Plebs bluesa”, rozpoczętego melorecytacją, by stopniowo narastać brzmieniowo do tak mocnego akordu końcowego, przy którym zapadnięcie ciemności na scenie, było jak gdyby naturalną konsekwencja wydobywające się krzyku.

     Nie mogło zabraknąć piosenek z cyklu umownie przeze mnie zwanego geograficznym. Poza sentymentalną Cieszyńską, była Ostrava, jako symbol tego gdzie Nohavica jest doma, Był wykonany w języku polskim Petersburg i było przecudowne Sarajewo. Utwór ten znajduje wielu wykonawców, gdyż wydaje się być naturalną lokomotywą do sukcesu. Może i tak, ale jedynie autorskie wykonanie Jarka stanowi o całym wachlarzu uczuć wzbudzanych podczas jego trwania. Gdy na początku spektaklu usłyszeliśmy wzruszające polskie wykonanie „Gwiazdy” – pieśni zadedykowanej przyjaciołom w Polsce, podczas znaczącego w życiu Jarka koncertu w ostrawskiej Karolinie, to pod jego zakończenie Jaromir przedstawił 14 zwrotkowy kuplet o łebskim Franku startującym w teleturnieju „Milionerzy”. Pomylił się tylko raz w tekście, ale z jakim wdziękiem się pomylił! takich „pomyłek” mógłbym słuchać zdecydowanie więcej. Po obowiązkowych bisach, gdy mimo wszystko nie doczekałem się na „Darmodzieja”, Jarek zakończył kaliskie przedstawienie w stylu właściwym tylko sobie. Spodziewałem się, że tak jak w przypadku mozartowskiego „Cosi fan tutti” wyjdzie przed mikrofon i rozlegną się dźwięki „Můj Andel stražni”, autor wykonał przezabawny wierszyk swego autorstwa o romansie polsko – czeskim – perełeczka !!!

     Nie na każdym koncercie wszyscy wstają by podziękować za to co zobaczyli i usłyszeli, w przypadku tego wydarzenia, taka reakcja widowni była czymś absolutnie naturalnym i spontanicznym. Jak zwykle można się było przekonać, że zegarki kłamią, bo przecież nie możliwe, że minęło już przeszło dwie godziny od rozpoczęcia koncertu. Przez cały czas Jarek, ani razu nie zszedł ze sceny, butelka z wodą przytwierdzona do statywu mikrofonu pozostała nietknięta i choćby za te proste fakty można podziwiać kondycję Jaromira Nohavicy. Ale przyczyn do podziwiania jest zdecydowanie więcej. Ja skupię się na jednej. Przed wejściem na salę, można było nabyć drogą kupna wydawnictwa dotyczące jarkowych działań artystycznych. Był tam również dwupak składający się z płyt DVD i CD zarejestrowanych w ostrawskiej Karolinie oraz praskiej Lucernie – a ja oczyma wyobraźni widziałem, podczas obiecanego latem kolejnego spotkania, trójpak rozbudowany o tytuł „Jarek w Polsce” gdzie na DVD mielibyśmy zapis jednego pełnego polskiego spektaklu, natomiast na płycie CD wszystkie polskie wykonania piosenek Jaromira Nohavicy, śpiewane przez niego samego. Przecież obok tych wymienionych wcześniej była również „Jaskółka” lub najbardziej optymistyczna pieśń „Gdy odwalę kitę”. Wiem już, że w kolejce na premierę czeka „Braciszek”, więc może warto aby takie wydawnictwo ujrzało światło dzienne. Rzadko można spotkać kogoś mówiącego tak ciepło i sensownie językiem polskim, a że czasami można by poprawić składnię gramatyczną to cóż – ileż wypowiedzi super czystym językiem polskim rani nasze uszy i serca, może więc przyszedł czas, by ktoś powiedział coś, co leczyć będzie nasze dusze. Jarku, zapraszamy ponownie do Kalisza, bo spotkanie z Tobą stanowi dla wielu, bardzo wielu, okazję do uwierzenia w istnienie wartości gubionych ustawicznie w codziennej bieganinie.

 

Jurek Szukalski


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line