JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

PODWÓJNIE MAGICZNY NOHAVICA W WARSZAWSKIM BUW-IE
5/2010 - www.nohavica.cz
 

A wyglądało na to, że los nie sprzyja tegorocznemu tournée Jaromíra Nohavicy po Polsce. Najpierw odwołanie kwietniowych terminów koncertów z powodu żałoby narodowej po katastrofie w Smoleńsku (artysta przekazał na swojej stronie internetowej wyrazy współczucia polskim przyjaciołom i fanom), a teraz, w maju, powódź po obu stronach granicy. Na szczęście Warszawy nie zalało i dlatego mogliśmy spędzić dwa cudowne weekendowe wieczory w pięknych wnętrzach Biblioteki Uniwersyteckiej na koncertach Jaromíra, zapominając, że groźny żywioł w postaci wzburzonych fal Wisły jest zaledwie kilkaset metrów od nas...

Warszawę Jarek zostawił sobie na deser po całotygodniowej podróży po Polsce. Tym razem koncertował w Katowicach, Gdańsku, Olsztynie i Toruniu, zanim zjechał na weekend do stolicy. Nie było po nim widać ani śladu zmęczenia, a przecież tuż przed Polską występował w Rosji. Sobotni koncert rozpoczął „Darmodziej”, po którym Nohavica wygłosił krótkie przywitanie po czesku, wzbudzając śmiech informacją, że usłyszeliśmy właśnie ten język. Przez resztę wieczoru mówił, a właściwie rozmawiał z publicznością już tylko po polsku, a śpiewał w obu językach.

Gdy tylko usłyszałam pierwsze akordy gitary, rozwiały się wszystkie moje wcześniejsze obawy o akustykę holu bibliotecznego. BUW, który dotąd kojarzył mi się, jak wszystkim warszawiakom, wyłącznie z kilometrami zastawionych książkami półek, miejscem sesyjnego zakuwania studentów i pięknym ogrodem na dachu, okazał się wyśmienitą, klimatyczną salą koncertową. Wybór właśnie BUW-u na miejsce występów okazał się strzałem w dziesiątkę, za co organizatorom należą się wielkie brawa. W ostatnich latach Jaromír przyzwyczaił warszawską publiczność do wielkich, okazałych wnętrz – teatru Roma, kinoteatru Bajka, Filharmonii Narodowej... Ja jednak zdecydowanie wolę brzmienie nohavicowych piosenek w bardziej kameralnych salach, a ostatnie koncerty śmiało mogę zaliczyć do moich ukochanych z ponad dwudziestu, na których byłam. Oprócz koncertów w BUW-ie są to koncert na dziedzińcu poznańskiego zamku w 2004 roku i na przeglądzie OPPA w Warszawie w 2005 roku. Jarek chyba też dobrze się czuł w tym wnętrzu, widać było, zwłaszcza w niedzielę, że mimo skupienia jest rozluźniony i zadowolony z kontaktu z publicznością.

Nohavica jest znany właśnie ze znakomitego nawiązywania dobrych relacji ze słuchaczami i tym razem również pokazał swoje nadzwyczajne umiejętności reżyserowania atmosfery. Klimaty nastrojowe, intymne (np. „Koszulka”, poprzedzona komentarzem, że to piosenka o pierwszej miłości, „Ty ptáš se mě”, „Jaskółko, fruń”, „Sarajewo”, wykonana po polsku „Gwiazda”) przeplatał z wesołymi, czasami wręcz rubasznymi, jak „V jednom dumku na Zarubku” czy „Marsz Eskimosów”; gitarę klasyczną z siedmiostrunową gitarą rosyjską i heligonką; występy solowe z piosenkami z towarzyszeniem akordeonu Roberta Kuśmierskiego. Decyzja o współpracy z Kuśmierskim to kolejne potwierdzenie niezwykłego artystycznego nosa Nohavicy. Nawet znane, starsze piosenki w aranżacji dla tych dwóch muzyków nabierają zupełnie nowego, świeżego wyrazu, a miejscami prawdziwie wirtuozerska gra Roberta była jednym z największych atutów koncertu. Widać, że między ekstrawertycznym, będącym prawdziwym lwem sceny Nohavicą a wyciszonym Kuśmierskim istnieje całkowita harmonia – mimo tak różnych charakterów wspaniale rozumieją się jako muzycy.
W niedzielny wieczór Czesi grali (i wygrali!) z Rosjanami o mistrzostwo świata w hokeju i tak wielki kibic, jak Nohavica, oczywiście nie mógł nie nawiązywać do tego wydarzenia. Najświeższe wieści dostawał na bieżąco od Roberta i od dźwiękowca, a gdy Czesi zaczęli prowadzić, z radością krzyknął: „1:0 dla naszych!”, by potem dodać: „I 1:0 dla mnie!”, gdy udało mu się wykonać bezbłędnie a cappella trudną arię z „Cosi fan tutte” Mozarta we własnym tłumaczeniu na czeski. Nie zabrakło piosenek z dedykacją – „Mám jizvu na rtu” dla Tolka Murackiego, „Sarajewo” dla wykonawczyni polskiej wersji, Edyty Geppert i „Až to se mnou sekne“ dla Mariana Opani.

Słowa uznania należą się za wspaniałą oprawę świetlną koncertu, dzięki której był on ucztą nie tylko dla uszu, ale też dla oczu. Po stanowiących tło dla sceny kolumnach, przy wejściu do halu katalogowego ślizgały się krwistoczerwone światła w czasie śpiewania poświęconej Leonardowi Cohenowi „Dance macabre“, srebrne gwiazdki towarzyszyły „Komecie“, a upiornie blade reflektory dopełniały atmosfery grozy w czasie wykonywania jakże aktualnej „Wielkiej wody“. Podczas śpiewania tej ostatniej popisał się również świetny dźwiękowiec Nohavicy, Jakub Lis, wprowadzając efekt echa, od którego słuchaczom przechodziły ciarki po plecach. Kolejnym pomocnikiem artysty w tworzeniu magicznego nastroju okazał się księżyc, zaglądający ciekawie przez przeszklony dach i wynurzający się z chmur niczym z fal, jak w piosence „Píseň psaná na vodu”.

Oprócz zawsze oczekiwanych i z aplauzem witanych przez publiczność „hitów”, jak „Petersburg”, „Cieszyńska”, „Dokud se zpívá”, „Metro pro krtky” czy „Pane prezidente”, Nohavica przypomniał też rzadziej wykonywane wesołe „Trzy świnki”, mądre „Plebs blues”, dawno niesłyszaną „Pieśń dla przyjaciela” Wysockiego we własnym przekładzie, czy erotycznie brzmiące „Zatímco se koupeš”. Widać było w oba wieczory, że Jarkowi żal było kończyć ponad dwugodzinne koncerty, a i publiczność nie chciała wypuścić tryskającego humorem i dobrą energią artysty, „wymuszając” bisy długimi owacjami na stojąco. Niestety nadszedł czas na ostatnią piosenkę, którą był tradycyjnie „Můj anděl strážný”...

Przed niedzielnym koncertem wspólnie z czeskimi dziennikarzami staraliśmy się znaleźć odpowiedź na pytanie, czym właściwie można wytłumaczyć fenomen niesłabnącej popularności Nohavicy w naszym kraju. Osobisty charyzmat, wsparty znajomością polskiego i opisywaną maestrią w tworzeniu nastroju na scenie? Podkreślana przy każdej okazji przez samego Jaromíra „czeskość”, połączona z byciem „stąd”, ze środkowej Europy, z pogranicza Polski, Czech i Słowacji, a więc rozumienie naszej mentalności? Moda na czeskie filmy, czeską muzykę, czeską kulturę? Fakt, że od śmierci Jacka Kaczmarskiego nie mamy właściwie „własnego” barda, a Nohavica doskonale wypełnia tę lukę, zarówno jako rdzennie český písničkář, jak i jako „nasz” pieśniarz? Na pewno te wszystkie powody są istotne, ale myślę, że najważniejszą przyczyną tego, że twórczość Jaromíra trafia, „oslovuje”, jak mówią Czesi, tak wielu z nas jest to, że odpowiada na naszą tęsknotę za piosenkami o czymś. O sprawach ważnych. Za takimi piosenkami, które po wysłuchaniu zostają w głowie i w sercu. Że jednocześnie przemawia do rozumu i do uczuć, które są uniwersalne i dlatego bliskie każdemu. Że potrafi wyrazić to, co każdy z nas czuł albo czuje, tylko być może nie potrafi tak pięknie ubrać tego w słowa. Dlatego sądzę, że popularność Nohavicy będzie trwała dopóty, dopóki będzie on śpiewał – „o lásce, o zradě, o světě”...

 

Magdalena Domaradzka

 

Foto tutaj


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line