JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

Na praskie nerwy – Jarek
1. 4. 2012


 

Świat jest małą pomarańczą

     Świat panicznie kurczy się. Odległości próbują zachować jeszcze swoją powagę i stały, nabyty przez wieki status przeszkody – jednak z każdym dniem, do każdego miejsca jest nam bliżej.

     Coraz szybsze samochody, coraz sprawniejsza komunikacja i tańsze bilety na samolot sprawiają, że świat panicznie kurczy się. Wszystko staje się podobne. Spece marketingu nocami harują, by wprowadzić swoje genialne strategie ponadnarodowych produktów, dań, standardu obsługi, wyglądu, jakości – w Warszawie, Londynie czy Wiedniu. Wszędzie mamy czuć się bezpiecznie, komfortowo; tą samą kanapkę zjeść ze smakiem u siebie i za 5 godzin samochodem w centrum Pragi.

     Języki na ulicach miast mieszają się – istna wieża Babel. Jest gwarno, ciasno i głośno. Jak w tyglu kotłują się ludzie, kultury, doświadczenia. Jest nas mnóstwo.

     Robi się bardziej światowo. Bardziej nerwowo…

 

Kolejna wizyta w Pradze przy okazji koncertu Jarka Nohavicy.

     Praga sprzed trzech lat zapisała się w naszej pamięci jaki miejsce wyjątkowe; życzliwość Czechów, magia miejsc, w których czuć powiew historii i sam koncert, kilkanaście metrów pod ziemią w słynnej Lucernie. Po trzech latach wracaliśmy więc do tych miejsc, jak do ziemi obiecanej, ziemi na której znów będziemy mogli przez chwilę stąpać obok Jarka; posłuchać i poczuć jego pieśni.

     Praga była piękna jak zawsze. Choć dopiero marzec, już obładowana turystami z wszelakich zakątków.

     Pierwszym kontaktem nawiązanym w mieście nad Wełtawą był pozawerbalny przekaz tutejszego kierowcy. Ten mógłby zostać mistrzem świata w pokazywaniu przekleństw rękoma w swoim samochodzie, po tym jak omyłkowo zamiast na miejscu wyznaczonym dla gości hotelowych, zaparkowaliśmy (słownie na kilka sekund) w miejscu zarezerwowanym dla obsługi. Niewiedza przyjezdnych rzecz nienowa i w mieście stricte turystycznym winna być pobłażana. Praga była piękna jak zawsze – ale tym razem dużo bardziej nerwowa. Praskie nerwy udzieliły się kelnerce, która wieczorem usadziła nas przy brudnym stole, przeklinając pod nosem, a okruchy stołu poprzednich gości strzepała na ziemię i rzuciła karty dań. Nie zjedliśmy, ale wyszli. Grzecznie, nie chcąc burzyć wyobrażenia o naszych miłych braciach Czechach.

 

Chcemy więcej poezji

     „Z Cieszyna co dzień pociągi ruszają w świat” – tymi słowami znanej pieśni otwiera koncert nasz Jarek. I już wiadomo wszystko. To jedno zdanie doskonale znanej pieśni, słyszanej już setki razy – w kontekście nerwowej Pragi ale zwłaszcza całego koncertu brzmi zupełnie inaczej.

     Trudno po raz kolejny znaleźć nowe, ciekawsze słowa na określenia tego, co wiadomo, a co zawiera się w truizmie: „Jarek jak zwykle był genialny”. Bo był. I basta. To wie każdy, kto kiedykolwiek uczestniczył w jego koncercie. Nienaganne brzmienie, perfekcyjne wykonania i, co podkreślam zawsze – dbałość o każdy szczegół + genialna gra świateł na scenie, które dodają wielkiego blasku temu spektaklowi.

     Na praskie koncerty Nohavica zaprosił znanego już jego fanom Roberta Kuśmierskiego. Ten genialny (polski) akordeonista chyba lepiej znany jest w Czechach niż u nas w Polsce. Jarek ma rację mówiąc o swoich pieśniach, że te zyskały nowe brzmienie w asyście akordeonu Roberta. I wypada sobie  życzyć, by na nowej (zapowiadanej na koncercie) płycie, akordeon Roberta również się pojawił. Zresztą Kuśmierski asystował Nohavicy także na fortepianie i co warte podkreślenia – dostąpił wielkiego zaszczytu – jako jedyny Polak mógł zagrać na heligonce Jarka, w czasie gdy nasz czeski przyjaciel grał na… skrzypcach. Tak, tak – właśnie na skrzypcach!

     Kuśmierski jest na każdym koncercie Jarka rozbrajająco skromny. Jakby swoim zachowaniem chciał nam powiedzieć – „ależ drodzy Państwo, gwiazdą jest Jarek, brawa jemu się należą, to jego zasługa”. Towarzysz Jarka miał też solowy występ, podczas którego publiczność Hyberni mogła podziwiać jego kunszt gry na akordeonie, a nawet usłyszeliśmy Roberta śpiewającego. Chyba niewielu Czechów tak dobrze jak my – szósty rząd polskiej widowni – zrozumiało, że ten śpiewając warszawską przyśpiewkę, gdy w tekście wspominał Pragę, miał na myśli jedną z warszawskich dzielnic.

     Na najsmaczniejsze kąski tej uczty nie przyszło nam czekać długo. Po paru dobrze znanych pieśniach przyszedł czas na nowe. Nowe pieśni przeplatane były tymi z płyt poprzednich, włącznie z kultowymi już Virtualkami. Trudno wymienić dokładne tytuły nowych utworów. Zwłaszcza nam Polakom – bardzo mocno skupionym na zrozumieniu każdego słowa. Słów jest tak wiele, że trudno je spamiętać. Dopiero gdy ukaże się płyta, dopiero wtedy będziemy znali każdy akord i każde słowo – ba – nawet wypowiemy je, a raczej wyśpiewamy z odpowiednim akcentem. Ale mimo to po pierwszym przesłuchaniu wiele zostaje. Uciekają może konkretne słowa. Zostaje jednak ich znaczenie. Zostaje uczucie i wrażenie. Więc - jaki jest ten nowy Jarek?

     Nohavica jak nikt inny czuje i co ważne oddaje ducha czasu. Świata, do którego pociągiem z Cieszyna można dojechać wszędzie, który jest na wyciągnięcie ręki; dostępny jak mała pomarańcza. Świata w pośpiechu, świata nerwowego, gdzie mało miejsca na sentymenty, gdzie proza życia wypiera radość istnienia. Świata, którego każdy skrawek próbuje się upodabniać do siebie, obdzierając miejsca z ich uroków, kosztem uniwersalnej, bezpiecznej globalizacji (wyświechtane, ale dobre słowo w tym kontekście). Chęć sprostania światowym wymaganiom (standardom) często rodzi nerwy i frustrację. Dlatego głos Jarka, tu w stolicy Czech brzmi jak wołanie kogoś spoza, głos kogoś z prowincji, kto na całe szczęście nie dał się wciągnąć w praskie nerwy. Kogoś, kto w nadmiarze smutnej prozy nie boi się zawołać o więcej poezji w życiu. Kogoś przerażonego tym, że tylko jednego dnia ot choćby, na przykład 22 maja roku 2009 – świat na barkach swych uniósł aż tyle ludzkich tragedii. Brak w tym wszystkim absolutnie postawy „z góry”. Jarek nie poucza, tylko pokazuje, że można inaczej. Zachęca do tego, by cieszyć się życiem, by tak jak w Stanach umieć powiedzieć „Im fine”, a nie narzekaniem nazywać rzeczywistość. Spokojna Ostrava zdaje się być dużo lepszym miejscem do może mniej światowego, ale bardziej prawdziwego życia niż uniwersalizowana Praga – i nie ma się czego wstydzić. Dystans daje Nohavicy lepszą perspektywę. Perspektywę, z której widać, że poezją i zdrowym śmiechem lepiej oswaja się świat. Wszędzie. Tu w stolicy i tam na prowincji. Jednie trzeba chcieć, wtedy łatwiej uporać się ze stresem wielkiego miasta tu i nie czuje się jakiegokolwiek kompleksu tam.

 

Anioł stróż

     Na praski koncert ubrałem specjalnie na tę okazję zaprojektowaną koszulką. Widniała na niej kilkoma kolorowymi kreskami zarysowana podobizna Jarka, a pod spodem napis „Anděl strážný”. Trochę brakuje mi tej magii, gdy po ostatnim bisie Jarek w zawsze niesamowitej atmosferze śpiewał swą pożegnalną pieśń i wiadomo było, że już nie wyjdzie i zostaje nam czekać do następnego koncertu. Ale anioła stróża nie zabrakło – pojawia się w jakże ważnej i granej pod koniec koncertu pieśni „Mám jizvu na rtu”.

     W czasie drogi powrotnej już tradycyjnie Jarek towarzyszył nam nie tylko w rozmowach, ale także słuchaliśmy, znów mocno naładowani koncertem, jego płyt.

     Nagle na autostradzie wypadek. Za lekkim łukiem, w bardzo bliskiej odległości widać zakorkowaną trzypasmówkę. Na liczniku 150km/h. Przerażenie, panika, wielki strach, gwałtowne hamowanie i najgorsze – czekanie. Czy uda się wyhamować. Nic już nie zależało od nas…

     Udało się, szczęściem – samochód za nami też zdążył. Odetchnęliśmy z ulgą, ale ręce trzęsły się jeszcze przez długą chwilę. Może to zabrzmi naiwnie, ale pomyślałem tylko jedno… on při mně stál…


 

Marcin Stachoń.


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line