JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


RECENZJE KONCERTÓW
 

Wyprowadzić sztandar, wprowadzić Nohavicę
27.11.2012

 

     Na początek zagadka: co łączy Rolling Stonesów, Mirelle Mathieu, Marlenę Dietrich, Stinga, Procol Harum, Miss World, Dianę Krall, Boba Dylana i Jaromíra Nohavicę? Tak jest! Wszyscy wymienieni występowali w warszawskiej Sali Kongresowej. I wszystkie te postaci przypominają mi się, gdy siedzę na widowni, oczekując na koncert Nohavicy w ostatni poniedziałek listopada 2012 roku. Siedzenia wyściełane czerwoną tapicerką, ogromny kryształowy żyrandol i haftowana złotem ciężka kurtyna – kuriozalny mariaż socrealizmu z art déco – były niemymi widzami niezliczonych wystąpień partyjnych kacyków w czasie kolejnych zjazdów przewodniej siły narodu. A potem świadkami słynnego wyprowadzenia sztandaru. Czy tak monumentalna sala okaże się dobrym miejscem na kolejne spotkanie z Jarkowymi pieśniami? Wprawdzie Nohavica „zaliczył” już wszystkie największe i najbardziej reprezentacyjne miejsca koncertowe stolicy: Teatr Muzyczny „Roma” (kilka razy), kinoteatr „Bajka”, Hybrydy, Filharmonię Narodową, BUW i brzmiał w nich zawsze doskonale. Ale przecież równie doskonale jak w tych mniejszych – domach kultury we Włochach i na Białołęce czy w salach kolejnych roczników OPPA. Tyle lat, tyle koncertów w różnych miastach Polski i Czech – straciłam już rachubę, na ilu dotąd byłam, ale pewnie będzie ze trzydzieści…

     Nie mam już czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo oto światła gasną, a na scenę wchodzi witany gromkimi brawami Nohavica i bierze do rąk heligonkę. „Ostrawa pozdrawia Warszawę!” – woła i na pierwszy ogień idzie oczywiście „Ostrawo”. Potem anonsuje pierwszą z nowości, czyli piosenkę z tegorocznej płyty „Tak mě tu máš” („Oto ja”), z refrenem „děkuju ti osude/za všecko co se stalo” („dziękuję ci, losie/za wszystko, co było”). Po chwili na scenie pojawia się Robert Kuśmierski ze swoim akordeonem i Nohavica zmienia heligonkę na gitarę. Po raz kolejny widzę, a raczej słyszę, jak dobrze robią starym, znanym piosenkom nowe aranżacje z akompaniamentem Kuśmierskiego, który od kilku lat towarzyszy Nohavicy na koncertach. Widać, że obaj panowie świetnie się dogadują pod względem artystycznym i znakomicie uzupełniają jako osobowości. Po gitarze Karela Plíhala, instrumentach kapel Nerez i Čechomor oraz trąbce Radka Pobořila akordeon Kuśmierskiego to idealny towarzysz dla głosu, gitary i heligonki Nohavicy.

     Pieśniarz, jak zwykle, przeplata poważniejsze i bardziej nostalgiczne utwory piosenkami lżejszymi, jak „V jednym dumku na Zarubku”, „Marsz zdechlaków”, „Cukierniana bossanowa”, „Metro dla kretów” czy „Wirtualka czesko-polska”. Tę ostatnią słyszymy najpierw w znanej wersji, która jest dialogiem polskiej dziewczyny i czeskiego chłopaka. Młodzi – ustami Nohavicy, który świetnie wciela się w obie role – droczą się ze sobą, każde w swoim języku, aż do szczęśliwego finału, gdy wysiłki chłopca zostają nagrodzone i zostaje wpuszczony do sypialni ukochanej. Nohavica zachwyca się, jak pięknie rymują się nasze języki, a potem serwuje wersję odwróconą, o wiele krótszą – tu polski chłopiec zostaje przyjęty przez czeską rówieśnicę natychmiast, właściwie zanim piosenka na dobre się rozpocznie.

     Z tych poważniejszych utworów usłyszymy wszystkie od lat kochane przez polską publiczność: „Kometę”, „Darmodzieja”, „Sarajewo”, „Až zítra ráno v pět”. „Kometa” zostaje szczególnie zadedykowana najmłodszemu widzowi, pięcioletniemu  – jak się okazuje  –Jasiowi, który przejawia taki entuzjazm i klaszcze z takim zapałem, że Nohavica dostrzega go na widowni i oczywiście nawiązuje z nim dialog, pytając o imię i wiek. „Wiecie państwo, jaką Jaś ma przewagę nad nami? Otóż tylko on tu będzie za jakieś siedemdziesiąt lat, kiedy nas już nie będzie. Jasiu, pamiętaj, gdy już będziesz staruszkiem, opowiedz tym ludziom w przyszłości, że dawno temu, na początku dwudziestego pierwszego wieku, byłeś tu z nami w Sali Kongresowej na koncercie” – prosi Nohavica  – „i że na koncercie pewnego Czecha było tu wielu Polaków”. „I Czechów!” - woła ktoś z sali. „Tak, i Czechów” - powtarza Nohavica.

     I śpiewa kolejną nową pieśń. Tym razem towarzyszymy w ostatniej drodze faraonowi z „Rzeki zapomnienia” - po Nilu płynie łódź, w niej ciało martwego i jego żona, czuć woń kadzideł i słychać nawoływania niewolników z brzegów, a wszystko to w cieniu piramid. Byłam ciekawa, jak zostaną przyjęte nowe piosenki, bo sądzę, że jeszcze nie wszyscy znają najnowszą płytę. Spodobała się ta o zabłąkanym okręcie, pewnie dlatego, że chyba każdy był kiedyś w takiej sytuacji: „wypłynąłem, ale nie wiem, dokąd/wokół ciemno, brzeg daleko, kompas stracił kierunek, zapomniałem sygnału SOS”. W „Ja chcę poezji” autor z „sercem Don Kichota” skarży się, że „wszyscy chcą ode mnie albo autograf, albo kasę” na przeróżne dobroczynne i szczytne cele, a on marzy, by zgłosił się ktoś chętny do dyskusji o romantycznych sonetach. „Naprawdę bym się nie pogniewał, gdybyś chciał ze mną analizować trocheje u Máchy”, tylko że „ty chcesz tylko mój podpis albo zrobić sobie komórką zdjęcie ze mną” – wyznaje ze smutkiem.

     Z każdą kolejną zaśpiewaną piosenką Nohavica coraz bardziej „kupuje” publiczność. Śpiewa doskonale znane „Panie prezydencie”, potem „Pieśń dla przyjaciela” Wysockiego. Tymczasem Kuśmierski odkłada akordeon i siada do pianina. Dowiadujemy się, że gdy Jarek zaproponował, by poszukali pianisty, Robert powiedział: „Ale po co? Przecież ja potrafię grać również na pianinie!”. „Tak, tacy właśnie jesteście – wy, Polacy. Jesteście samowystarczalni”  – komentuje Nohavica z uśmiechem. Opowiada, że w drodze z Ostrawy zatrzymał się na polskiej stacji benzynowej, żeby zakupić polską prasę, „żeby zorientować się, co słychać u sąsiadów”. Wymienia nawet tytuły: „Polityka”, „Wprost”, „Uważam Rze”. „No i powiem wam, że… no, że ciekawie tu macie” – kokietuje publiczność, która wie na pewno, że Jarek przecież śledzi polską politykę i kulturę równie pilnie, jak czeską. „A u nas też ciekawie. Niedługo mamy wybory prezydenckie, więc sami wiecie”.

     Koncert coraz bardziej przypomina spotkanie znajomych, przyjaciół. Publiczność reaguje dokładnie tak, jak prowadzi ją Nohavica, który zachowuje się niczym świadoma swojej urody piękna kobieta, oczarowująca wielbicieli – raz jest trochę z rezerwą, niby onieśmielony ogromem sali, a raz wychodzi blisko do publiczności, tylko z mikrofonem w ręce.

     Wielką rolę w budowaniu nastroju ma doskonałe, jak zwykle, oświetlenie. Dzięki niemu w czasie śpiewania „Wielkiej wody” Nohavica wygląda wręcz demonicznie, a przy „Świniopasie” czujemy się jak na zielonym, wygrzanym słońcem pastwisku. Publiczność oczywiście czeka także na piosenki po polsku. Usłyszymy „Gwiazdę” oraz wesoły kuplet w dowcipnym tłumaczeniu Leszka Bergera.

     Koncert dobiega końca. Przed (trzykrotnymi!) bisami jeszcze wspólnie odśpiewana „Cieszyńska”. Widać, że Jarkowi trudno się rozstać z publicznością, więc zarządza: „Teraz niech wszyscy wstaną i śpiewają ze mną. Jak ktoś nie chce, niech nie śpiewa, ale jeśli już zdecyduje się na śpiewanie, to niech to będzie prawdziwy śpiew, a nie jakieś mamrotanie pod nosem”. Publiczność bierze się pod ręce i – kiwając w rytm – śpiewa wraz z Jarkiem, że „dokud se zpívá, ještě se neumřelo”. „Wiecie, kiedy byłem w Niemczech, to też tak ze mną śpiewali, jak wy. Tylko że u nich każdy rząd pod linijkę, wszyscy kiwali się w jedną stronę, rytmicznie. A Polacy – wiadomo, każdy sam, każdy we własną stronę i we własnym rytmie. Wy kochacie wolność”. A potem bisy (przy każdym: „no, to już naprawdę ostatni!”) i na koniec niespodzianka: premierowe wykonanie przez Nohavicę utworu Wojciecha Młynarskiego. Śpiewane z  – jak mówi – „ręcznego promptera”, czyli po prostu z (dużej) kartki, bo piosenka na tyle świeża, że jeszcze nie zdążył się nauczyć słów. I już koniec, już tylko spotkanie z kolejką tych spragnionych „podpisu nebo fotky na mobil”.

     W kuluarach widzę znajome twarze – to dziennikarze, artyści, ci, dzięki którym Jaromír jest w Polsce tak znany i kochany, którzy o nim piszą, robią programy, wykonują jego piosenki, wydają płyty – po prostu starzy przyjaciele. Ale słyszę też entuzjastyczne reakcje nohavicowych nowicjuszy – dziękują swoim znajomym, którzy zabrali ich na koncert, którzy „zarazili” ich Nohavicą.

     Wychodzimy z Kongresowej, odprowadzani nieobecnym spojrzeniem komsomołki i sowieckiego młodzieńca z tomem dzieł Marksa, Engelsa i Lenina pod pachą – to na szczęście tylko kamienne figury na postumentach przy wejściu. Pałac Kultury miał trwać „jak miłość do dziecka/jak przyjaźń radziecka”, ale okazał się trwalszy od tej drugiej. Ciekawe, czy Jarek wie, kto był kiedyś patronem tego monumentalnego gmaszyska i że poświęcił temu komuś jedną ze swoich piosenek. Muszę go zapytać. Ciekawe, gdzie odbędzie się następny warszawski koncert Nohavicy. Ja jestem za Stadionem Narodowym, przynajmniej byłby z niego pożytek.

     Za nami wychodzą grupki rodziców z dziećmi  – Nohavica ma i takich, bardzo młodych, fanów. Może jest wśród nich również Jaś. Jasiu, mam prośbę – kiedy „my už tu nebudem” za te siedemdziesiąt lat i będziesz opowiadał swoim współczesnym o tym listopadowym koncercie, który widziałeś jako dziecko, to opowiedz im wszystko bardzo dokładnie. Niech zazdroszczą.

 

Magdalena Domaradzka


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line