JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


WYWIADY
 

Efekt bańki mydlanej
RECZPOSPOLITA
- 22. 6. 2013
 


Jaromir Nohavica, czeski bard, przyciąga na koncerty w Polsce tłumy i sprzedaje tysiące płyt.

Polacy lubią myśleć o Czechach jako o kraju piwnych gospód, Złotej Pragi i dystansu do życia. A jak pan ocenia swoją ojczyznę, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach?

Jaromir Nohavica: O ostatnich wydarzeniach nic nie wiem, bo jestem poza krajem. Może kiedy tam wrócę, potwierdzi się zasada, że nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki. Generalnie jednak chciałbym odpowiedzieć w sposób – może głupi, a może mądry – że musi pan przyjechać i zobaczyć Czechy na własne oczy.

Z czego pan się w Czechach cieszy, a na co pan narzeka?

Te sprawy nie są związane wyłącznie z Czechami, tylko z całym współczesnym światem. Martwi mnie kwestia wolności, ale nie tej, której kiedyś nie mieliśmy – podróżowania, kupowania, posiadania – tylko tej wewnętrznej. To ona jest największym osiągnięciem po tym, gdy runęła komuna ?i mury przez nią stawiane. Każdy powinien o tę wolność dbać, by żyć bez presji, z poczuciem szczęścia i harmonii. Miałem nadzieję, że wszyscy znajdą w nowej rzeczywistości swoją wolność, tymczasem wielu moich rodaków, a słyszę, że Polaków również, zmarnowało szansę. Są sfrustrowani, głównie dlatego, że oczekiwali więcej, niż mogli osiągnąć. Zamiast się cieszyć – martwią się bądź reagują agresją.

Jak im wytłumaczyć, że błędnie żyją?

Rzecz w tym, że w poprzednim systemie wszyscy mieliśmy mniej więcej równo. Dziś każdemu wydaje się, że można mieć miliony, a nawet miliardy. Wielu nie rozumie, dlaczego ominęły ich takie bogactwa, i zadaje sobie pytania, w czym są gorsi. Biorą się z braku pokory, chciwości, pychy, zazdrości i zawiści. A przecież, żeby coś osiągnąć, trzeba mieć talent. Powiem z przekorą – nawet do złodziejstwa. Choćby dlatego, że należy umieć znosić ryzyko.

Kto ma najgorzej?

Ci, którzy uwierzyli, że żyją w bajce i wszystko jest na wyciągnięcie dłoni, co sugerują reklamy. Ta sytuacja przypomina mi scenę z „Akademii Pana Kleksa" ?– z piękną mydlaną bańką, która pęka, gdy się wyciąga po nią dłoń.

A czy pana kondycja finansowa polepszyła się ?w nowym systemie?

Za komuny dostawałem ?za występ stałą stawkę 200 koron. To była równowartość 30 złotych. Mogłem za to kupić dziesięć piw i nie miało znaczenia, czy grałem dla stu osób, czy dla tysiąca. Teraz mam przyjemność występować dla ludzi, którzy przynoszą do kasy swoje z trudem zarobione pieniądze. To tak, jakby położyli je na stół i powiedzieli: Jarek, graj, bo my lubimy twoje piosenki. Kiedy przyjdzie tysiąc osób i wyłoży po 50 złotych – robi się 50 tysięcy złotych. Można normalnie opłacić współpracowników, ekipę i dobrze żyć.

Starcza na ferrari i jacht?

Nie wiem, czy pan wie, ale my nie mamy morza. Generalnie nie zabiegam o dobra, które nie są niezbędne do życia. Myślę, że każdemu wystarczyłoby dobre mieszkanie, fundusze na wykształcenie dzieci, trochę kasy na książki, płyty i podróże.

Najnowszą płytę „Tak me tu mas" nagrał pan jak Bob Dylan – w hotelowym pokoju. Konkretnie w Prościejowie.


Bardzo się cieszę, że pan to zauważył, bo właśnie Dylan zainspirował mnie do tego pomysłu. Zaczęło się od tego, że kupiłem sobie kolekcję jego albumów. Słuchając ich, pomyślałem, że tak jak wielu muzyków latami chciałem w studiu zrobić coś wysublimo- wanego i goniłem za idealnym dźwiękiem. Nie byłem w tym pragnieniu odosobniony. Firmy fonograficzne od lat prowadzą wyścig zbrojeń, by wyposażyć studia w najlepszy sprzęt. Tymczasem dzięki Dylanowi zrozumiałem, że jakość dźwięku jest drugorzędna wobec emocji i energii, jakie płyną z jego muzyki. Myślę, że nawet gdyby nagrał piosenki na dyktafonie telefonu komórkowego – nie straciłyby nic ze swojego niepowtarzalnego przekazu. Proszę posłuchać polskich piosenek z okresu międzywojennego: jakość nagrań nie jest doskonała, sposób śpiewania może naiwny, ale siła oddziaływania niesamowita.

A dlaczego Prościejów?

Do Ameryki nie pojechałem, bo daleko i za drogo. Zadałem sobie za to pytanie, gdzie się muzyk najlepiej czuje? W samochodzie, bo tam spędzamy najwięcej czasu. I w hotelu, gdzie jesteśmy przez całą noc i poranek. Na estradę przypada może dwie godziny. Zatrzymaliśmy więc nasz cygański wóz w Prościejowie, bo tam akurat mieliśmy koncerty, i wynajęliśmy kilka pokoi w hotelu. Zależało nam tylko na tym, żeby był oldschoolowy i miał grube mury. Żebyśmy nikomu nie przeszkadzali i nikt nie przeszkadzał nam.
 


Jacek Cieślak

Źródło: Reczpospolita


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line