JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


WYWIADY
 

Bard pełną gębą
ONET ONET - 9. 7. 2013
 

Choć śpiewa proste pieśni z pogranicza folku i poezji śpiewanej, sprzedaje w Czechach więcej płyt niż Ewa Farna. W jego biografii nie brakowało dramatycznych chwil, w tym walki z uzależnieniem alkoholowym. Kilka lat temu posądzono go o współpracę z czechosłowacką służbą bezpieczeństwa.

Piosenka "Minulost", pochodząca z zeszłorocznej płyty Jaromíra Nohavicy "Tak mě tu máš", w styczniu i lutym tego roku aż ośmiokrotnie trafiała na szczyt Listy Przebojów Programu III. Zaskoczenie tym większe, że przecież jest wykonywana, jak prawie cała twórczość tego barda, po czesku.

– Nie spodziewałem się aż takiego sukcesu – mówi mieszkający w Ostravie sześćdziesięcioletni artysta, którego związki z naszym krajem są od wielu lat bardzo silne. – Polska publiczność jest naprawdę bardzo otwarta, na różne pieśni, z całego świata. Jak ją coś ciekawi, to po prostu za tym idzie. Czuję się u was jak u siebie.



Pierwsza z wielu rebelii

Popularność w naszym kraju przekłada się na rozpoznawalność. – Moja gęba jest coraz bardziej znana – zauważa. - Ludzie mnie łatwo zapamiętują na zasadzie, że to ten z dużą głową, nosem i długimi włosami. Te ostatnie zapuściłem jak miałem piętnaście lat. To była pierwsza z wielu rebelii w moim życiu.

Nohavica zachowuje wobec wszystkiego odpowiedni dystans, przede wszystkim czerpiąc radość z tego, co robi. – Moim szczęściem jest to, że nigdy nie mam tak samo. Mogę spotykać się z ludźmi albo też być sam, wesoły bądź smutny, nigdy jednak nie znudzony. I cieszę się, że mogę grać swoje pieśni, dla różnej publiczności, w różnych krajach.

Artysta nie tylko komponuje, pisze teksty i śpiewa, ciepłym, lekko zachrypniętym głosem, ale także akompaniuje sobie na gitarze i heligonce, jednym z najstarszych i najtrudniejszych do opanowania rodzajów akordeonu.



Z wyborem nielekko

"Minulost" jest jedną z czternastu piosenek, które trafiły na wydaną właśnie składankę "Kometa - The Best of Nohavica", przygotowaną przez muzyka specjalnie dla polskich fanów. Wybór, jak sam mówi, nie był łatwy.

– Napisałem tych pieśni paręset, a miałem wybrać czternaście. Trudna sprawa… Na koncercie tez człowiek nie gra tylko czternastu. W końcu powiedziałem sobie: "Jak się nie uda najlepiej teraz, to może będzie druga część i nadrobię".

Niektórzy przyrównują boom na jego muzykę do szaleństwa, jakie wybuchło w Polsce na przełomie lat 70. i 80. za sprawą Leonarda Cohena – zresztą, obaj tworzą swoje pieśni z perspektywy zwykłego prostego człowieka, przeżywającego róże wzloty i upadki..



Jak anioł platynowy…

Jaromír Nohavica – dla przyjaciół Jarek – to bez dwóch zdań fenomen. Wystarczy wspomnieć, że w marcu tego roku odebrał w Pradze czeską muzyczną nagrodę Anděl (Anioł), przyznaną za największą liczbę sprzedanych płyt w 2012 roku - "Tak mě tu máš" kupiło 37 934 naszych południowych sąsiadów! – To mniej więcej tyle, co 150 tysięcy w Polsce – nie ukrywa radości.

Wielka popularność artysty nie jest zjawiskiem nowym. Nohavica występuje od 1982 roku, a znacznie dłużej komponuje. Nagrał kilkanaście płyt studyjnych, z których wiele osiągnęło złoty i platynowy status. W 1996 roku album "Divné století" zdobył nawet tytuł płyty roku w czeskiej ankiecie muzycznej Gramy.



Odmienność emocji

Kompozycje Nohavicy, często wrzucane do szufladki poezji śpiewanej, są nacechowane ogromną refleksyjnością, sam jednak wzdryga się przed kategoryzowaniem.

– Myślę, że atutem moich pieśni jest różnorodność nastrojów i tematów, jakie poruszam - podkreśla. – Są historie nostalgiczne czy romantyczne, ale też wątki o wiele weselsze, niekiedy rubaszne, innym razem niemal głupawe. Może właśnie ta odmienność emocji tak bardzo przyciąga Polaków? Bo ja też nie jestem zawsze taki sam.



Człowiek nad przepaścią

Jak mówi, to, co i jak pisze, nie zawsze wynika z jego samopoczucia w danej chwili. Czasem jest nawet zupełnie odwrotnie. – Najsmutniejsze, najgłębsze rzeczy, opowiadające o tym, jak człowiek stoi nad przepaścią, tworzyłem, gdy byłem w bardzo dobrej życiowej sytuacji, zerwałem z nałogiem alkoholowym, pozbyłem się swojego diabła. I mogłem do tych czarnych głębin bezpiecznie zaglądać. A wiele wesołych nut powstało, gdy czułem się źle.

- Pieśń to jest terapia – dodaje. – Terapia po złamanym sercu, ale nie tylko takim, które łamie kobieta. Bo życie jest trudniejsze od spraw kobiecych. Jeśli ktoś posłucha całego mojego repertuaru, zobaczy, że piszę przede wszystkim dla siebie i o sobie. To taka moja autobiografia.



"Nie musiałem, ale chciałem"

Rozmawiając z Nohavicą, nie sposób nie zachwycić się jego polszczyzną – mówi płynnie, ma bogate słownictwo, niekiedy tylko zapyta się zaciekawieniem: "A co to znaczy to słowo?". Jak się okazuje, nigdy nie uczył się polskiego na kursach czy lekcjach. – Gdy pytali Szwejka, w jaki sposób zgłębił niemiecki, mądrze odpowiadał, że nauczył się sam z siebie. I ja mam tak samo. Nie musiałem, ale chciałem. A jak człowiek chce, przychodzi to naturalnie.

Pociąg do naszego języka Jaromír odkrył, gdy w latach 80. przeprowadził się do czeskiego Cieszyna i zatrudnił w bibliotece. – Była podzielona na dwie części, czeską i polską. Z ciekawości zacząłem więc czytać te wszystkie fantastyczne książki, na przykład Iwaszkiewicza. Regularnie co tydzień sięgałem po "Kulturę", naprawdę świetne pismo.



Kurcze blade!

Żadna teoria nie zastąpi jednak praktyki. - Gdy skończył się komunizm i mogłem już swobodnie do was jeździć, po prostu zacząłem gadać – wspomina. – I od tego gadania się tak rozgadałem, że teraz polski to mój drugi język.

Zapytany o ulubione polskie powiedzenie odpowiada: "kurcze blade". – Podoba mi się też "pełną gębą", które znalazłem w jakimś słowniku. Na tyle mnie urzekło, że od tej pory mówię o sobie: "Czech pełną gębą".

Nohavica do dziś pogłębia wiedzę o naszym języku. Ostatnio kupił "Słownik polsko-polski" profesora Miodka, a teraz zaczytuje się w czesko-polskim słowniku frazeologicznym. – To doskonała zabawa, ile podobnie brzmiących wyrażeń i słów ma zupełnie inne znaczenie.

Choć śpiewa proste pieśni z pogranicza folku i poezji śpiewanej, sprzedaje w Czechach więcej płyt niż Ewa Farna. W jego biografii nie brakowało dramatycznych chwil, w tym walki z uzależnieniem alkoholowym. Kilka lat temu posądzono go o współpracę z czechosłowacką służbą bezpieczeństwa.



Skok przez płot


Jaromír Nohavica urodził się 7 czerwca 1953 roku w Ostrawie. Pierwszą piosenkę napisał jako trzynastolatek, krótko po tym, jak ojciec kupił mu gitarę. Za swój prawdziwy kompozytorski debiut uważa utwór "Přelezl jsem plot" ("Przeszedłem przez płot"), który napisał w wojsku. – Tak 47 lat te pieśni piszę – podkreśla.

Artysta pochodzi z rodziny o dość dużych muzycznych tradycjach. Ojciec był skrzypkiem, a mama śpiewaczką. W szkole muzycznej długo jednak nie wytrzymał. – Nudziło mnie to, wolałem inne zajęcia – przyznaje.



Co pachnie deszczem?

Jaromír zadebiutował na scenie w 1982 roku, choć wcześniej pisał piosenki dla innych wykonawców. Najbardziej znana? "Lásko, voníš deštěm" ("Miłości, pachniesz deszczem"), spopularyzowana przez Marię Rottrovą. – Pisałem dla innych, ale cały czas też dla siebie – mówi.

Wspomniany debiut miał miejsce na festiwalu folkowym w Ostravie. – Kolega zaproponował mi, bym zaśpiewał dwie pieśni. Pomyślałem: "Czemu nie?" Wyszedłem na scenę jako gość, zrobiłem, co należało, i dostałem takie oklaski, że omal nie ogłuchłem.

Wiele piosenek Nohavicy zyskało popularność się na długo przed premierami płytowymi.



Spotkanie z geniuszem

Niemal każda z płyt Nohavicy była w Czechach wydarzeniem – począwszy od wydanych jeszcze w Czechosłowacji "Darmoděj" ("Darmodziej", 1988) i "V tom roce pitomém" ("W tym durnym roku", 1990), poprzez "Mikymauzoleum" ("Mikimauzoleum", 1993) i "Moje smutné srdce" ("Moje smutne serce", 2000), na "Ikarusie" ("Ikarus", 2008) i "Tak mě tu máš" ("Oto mnie masz", 2012) kończąc.

Ciekawostką jest album "Tři čuníci" ("Trzy świnki", 1994), z błyskotliwymi i zabawnymi piosenkami dla dzieci.



Prywatna aksamitna rewolucja

W biografii Nohavicy są i ciemniejsze karty. Artysta nie ukrywa, że przez wiele lat borykał się z nałogiem alkoholowym. Swoją historię traktuje jako przestrogę dla innych, a jednocześnie zachętę do walki o powrót do trzeźwości. Jemu udało się w 1991 roku. Od tamtej pory nie wypił nawet łyka piwa.

- To była taka moja prywatna aksamitna rewolucja – wspomina. – Byłem tak uzależniony, że stanąłem przed wyborem: albo umrę jako legenda, albo będą grał i śpiewał dalej. Postawiłem na to drugie. Z dystansu mogę powiedzieć, że jak piłem, to było fajnie. Bo pić jest naprawdę fajnie – człowiek coś przeżyje, o czymś zapomni. Ale nie pić jest jeszcze fajniej.



Reality z diabłem

W 2002 roku słynny czeski reżyser Petr Zelenka obsadził Nohavicę w głównej roli w swoim filmie "Rok diabła", utrzymanym w konwencji fikcyjnego dokumentu. Artysta zagrał samego siebie – pozornie dzieło pokazywało otoczkę jego wspólnych koncertów z folkowym zespołem Czechomor, ale był to tylko pretekst, by sportretować borykającego się z alkoholowym problemem i idącymi za nim egzystencjalnymi rozterkami Jaromíra Nohavicę.

– Petr znał mnie z koncertów, a ja jego z filmów. Gdy przyszedł z pomysłem zrobienia filmu o mnie, zgodziłem się, także z ciekawości, by przeżyć coś nowego, nauczyć się. Postawiłem jeden warunek: Rób z kamerami co chcesz, nie będę ci przeszkadzał, mogę być całkowicie do dyspozycji, ale nie będę absolutnie niczego grał. Po prostu mnie nakręcisz. Takie reality show.
 


Żmudnie, ale udanie

Film, dziś zaliczany do kultowych, spotkał się z aplauzem krytyków i publiczności, także w Polsce. Zdobył też wiele nagród – między innymi Cottbus i w Karlovych Warach, został także wybrany Najlepszym Czeskim Filmem 2002 roku.

- Nie wiedziałem, że praca na planie będzie tak żmudnym zajęciem – mówi dziś. – Najbardziej przeszkadzało mi czekanie na kolejne ujęcia. Ale generalnie spotkanie z Zelenką uważam za bardzo udane. Niedawno gadaliśmy, że może coś jeszcze zrobimy razem.



Od zakazu do nakazu

W 2006 roku szerokim echem odbiła się sprawa, która została ujawniona przez czeska prasę – według dokumentów czechosłowackiej służby bezpieczeństwa (Státní bezpečnost) artysta był od 1986 roku jej współpracownikiem o kryptonimie Miriek. Miał miedzy innymi relacjonować oficerom StB swoje spotkanie w Wiedniu z emigracyjnymi twórcami, zwłaszcza Karelem Krylem.

Choć Nohavica przyznał, że spotkał się kilka razy z oficerem, który przedstawiał mu się jako porucznik Liberda, nigdy za żadnego współpracownika się nie uważał. – W latach 80. prezentowałem takie poglądy, które zwróciły uwagę różnych służb, miałem nawet dwa zakazy występowania – podkreśla.



"Wszyscy pytają mnie"

Jak wyglądały takie spotkania? – Pytali, co robisz, gdzie jedziesz – wspomina. – Raz wyjechałem do Wiednia, widziałem się z Karlem, a po powrocie mnie wezwali. "Spotkałeś się?" –usłyszałem. Co miałem powiedzieć, potwierdziłem. Ale niczego ważnego im o tej rozmowie nie powiedziałem. Dwadzieścia lat później jakiś dziennikarz pokazuje mi papier autorstwa człowieka z bezpieki, zwierający treści, których mu nie przekazałem.

- Potwierdzam, były rozmowy. Bardzo szanuję tych, którzy mieli odwagę powiedzieć: "Nie, nie przyjdę". Ale ja takich ludzi nie znam. Gdy ktoś nie poszedł, brano go siłą. Nikt nie pyta tych ludzi, jak było, wszyscy pytają mnie.
Sprawa absolutnie nie zaszkodziła popularności Nohavicy ani w Czechach, ani w Polsce. Płyta Ikarus okazała się kolejnym sukcesem. W pochodzącej z niej piosence "Já si to pamatuju" ("Pamiętam") dość gorzko nawiązał do tematu.

"W gazecie odnalazłem własną podobiznę / zrodzony w komunizmie umrę w komunizmie / Na czatach kaci z maczetami już czyhają, oczekując czystki / te same pyski, te same spiski / Coś niecoś o tym wiem / zasrane StB".

Choć śpiewa proste pieśni z pogranicza folku i poezji śpiewanej, sprzedaje w Czechach więcej płyt niż Ewa Farna. W jego biografii nie brakowało dramatycznych chwil, w tym walki z uzależnieniem alkoholowym. Kilka lat temu posądzono go o współpracę z czechosłowacką służbą bezpieczeństwa.

 

Otwarci na miłość

Nohavica występował już w Polsce kilkadziesiąt razy, a popularność w naszym kraju rozpoczęła się we wrześniu 1997 roku od koncertu w TV Wrocław. Nie kryje, że darzy nas szczególną sympatią.

- Polacy i Czesi są do siebie podobni, my jednak jesteśmy w swoich emocjach, uczuciach i miłościach bardziej zamknięci – zauważa. – W Polsce, gdy ktoś się cieszy, to pokazuje to gestem, a w Czechach wystarczy uśmiech. Ale to mała różnica, ważne, że lubimy podobne pieśni i nigdy na przestrzeni dziejów nie byliśmy wrogami. Macie też ogromne poczucie wspólnoty, czyli coś, czego brakuje na przykład na Ukrainie.



Rożek tylko benzynowy

Jaromír, zapytany, którą kuchnię woli, odpowiada: - To jest tak samo jak z pieśniami i życiem – mamy pełen wachlarz, więc możemy wybierać. Niektóre polskie dania są niesamowite, choćby golonka. Niby mamy w Czechach coś podobnego, ale jednak to nie to samo. Moja koleżanka nie może przestać się zachwycać tymi rożkami z parówkami, które sprzedawane są na waszych stacjach benzynowych – u nas czegoś takiego nie ma [Nohavicy chodzi o hot-dogi – przyp. aut.].

- Przekładając to na inne dziedziny życia: wam przydałyby się nasze autostrady, a nam - wasze stadiony. Euro 2012, które spędziłem we Wrocławiu, zrobiliście naprawdę piękne. Wielu moich przyjaciół się w ich trakcie w Polsce zakochało. Byli sceptyczni, a teraz chcą do was wracać.



Kiedy kitę odwalę

W 2009 roku ukazał się dwupłytowy album "Świat według Nohavicy", na którym znalazły się pieśni artysty w polskich tłumaczeniach, wykonywane między innymi przez Artura Andrusa, Edytę Geppert, Stanisława Soykę, Tadeusza Woźniaka, Andrzeja Sikorowskiego, Zbigniewa Zamachowskiego i Wolną Grupę Bukowinę. Głównie najbardziej znane, jak "Dokąd się śpiewa", "Cieszyńska", "Margita", "Pochód zdechlaków", "Futbol" i "Kometa". Sam Jaromír zaśpiewał po polsku swój słynny walczyk "Až to se mnou sekne", czyli "Gdy odwalę kitę".

Pomysłodawcą albumu był Tolek Muracki – tłumacz, pieśniarz i promotor twórczości Nohavicy w Polsce. – Wiele osób mówiło mi, że ta płyta nie ma sensu, przecież możemy słuchać Jaromíra w oryginale – opowiadał "Gazecie Wyborczej". - Odpowiadałem, że przecież tłumaczymy piosenki Brassensa, Dylana czy Cohena, chociaż śpiewają w językach bardziej znanych w Polsce niż czeski. Dlaczego nie śpiewać po polsku Nohavicy?



Wampir w hipermarkecie

Nohavica to nie tylko pieśni. Artysta ma na koncie tłumaczenia między innymi musicalu "Na szkle malowane" i opery "Wampir Marschnera", a także teksty do czeskiej wersji musicalu na lodzie "Romeo i Julia". – Łapię się czasem za taką większą robotę, by czegoś nowego spróbować – tłumaczy. – Ale dziś wolę jednak pisać dla siebie. Szkoda mi czasu na innych.

Jaromír przetłumaczył także libretta trzech oper Mozarta – "Don Giovanniego", "Wesela Figara" i "Cosi fan tutte". – Dyrektor opery ostrawskiej zaproponował mi to w hipermarkecie, gdy spotkaliśmy się miedzy półkami – wspomina. – To przepiękne spotkanie z geniuszem. Teraz dostałem propozycję przetłumaczenia "Bastien i Bastienne", której wcześniej nie znałem. Gdy słucham człowieka, który skomponował takie arcydzieło w wieku 12 lat, to z zupełnie inną pokorą patrzę na to, co sam robię.



Jego prywatne tsunami

Jromir Nohavica skończył niedawno sześćdziesiąt lat, ale niewiele się zmienił, porównując ze zdjęciami sprzed dekady czy nawet dwóch. - Jest w tym wieku coś magicznego, robiącego wrażenie; przy pięćdziesiątce tak nie miałem, ale teraz czuję, że jest jakaś granica, którą człowiek przechodzi…

– Dla mnie takie urodziny to tsunami występujące na trzech poziomach – porównuje. – Pierwszy to życzenia usłyszane bezpośrednio od najbliższych. Drugi to esemesy, dość sporo, no ale wszystkim trzeba odpisać. No i trzeci to maile… Jako że mój adres jest powszechnie znany, przychodzi ich z takiej okazji kilka tysięcy. Człowiek chciałby wszystkim odpowiedzieć, ale z takim tsunami nie da po prostu rady.



Rugby, scrabble i krzyżówki

Co jeszcze warto wiedzieć o Jaromírze Nohavicy? Że mieszka w ukochanej Ostrawie, którą nazywa najbardziej magicznym miejscem na świecie, ma żonę, córkę, syna i dwie wnuczki. Że jest mistrzem gry w scrabble (w 1977 roku zdobył tytuł mistrza Czech!), a zanim rozpoczął karierę muzyczną, publikował w gazetach wiersze, zagadki i krzyżówki. Do tego w młodości grał w rugby w klubie Lokomotywa Ostrawa. No i że wreszcie w jego rodzinie ukazuje się w kilku egzemplarzach magazyn "Dobry Wiatr", redagowany przez jego 86-letniego ojca.

– Niedawno wrócił do tego po wielu latach przerwy – mówi Jaromír – A zaczął zabawę jak miał 12 lat, w czasie II wojny światowej.



Po prostu kosmos

Mało? Nohavica to jeden z rekordzistów w długości grania koncertów – w słowackiej Helsztynie wystąpił z programem "Nohavica od A do Z", śpiewając…. wszystkie swoje piosenki. Zajęło to łącznie 9 godzin! Znacznie więcej zajęłoby dotarcie do planetoidy 6539 Nohavica, nazwanej jego nazwiskiem. – Jakaś astronomka polubiła moje pieśni i tyle na ten temat wiem – mówi.

Z Nohavicą już tak jest, że i bez jakiejkolwiek wiedzy na jego temat obcowanie z nim to sama przyjemność. Gdy gra i śpiewa, robi to pięknie, ale te najpiękniejsze partie wybrzmiewają w sercach słuchaczy.

 


Paweł Piotrowicz

Źródło: Onet


biografia
v
ideo TV
v
ideo archiwum

jarek i polska
artykuły
r
ecenzje CD

recenzje koncertów

wywiady

dyskusje on-line