|

Czeski pies
Antoni Muracki
Z
Wiednia na wozie mnie przywieźli pewnej zimy
Na
brzeg Wełtawy w zaspę śniegu wyrzucili
Do
szpiku kości przemarznięty – czułem głód
Czeski
wyżeł – der tchechische Hund.
Haf,
haf.
I
każdy, kto mnie ujrzał wnet odwracał głowę,
jedynie pański stangret w końcu się zlitował.
Z
kozła zawołał: „Hejże, młody, jeśli masz choć trochę
sił
spróbuj wskoczyć”, więc wskoczyłem , będę żył.
Haf,
haf.
W
stajni od koni biło ciepło, choć na dworze skrzypiał
śnieg,
„za
parę kości, miskę wody będę pana, hrabio, strzegł”.
Bracia
wilki węszą w lesie tropy łań,
ja
waruję u drzwi, całkiem sam.
Haf,
haf.
Bez
rodowodu, bez imienia i obroży,
do
swoich mi daleko, z panem nie po drodze
Na
pozdrowienie nie odpowie, bo to graf,
choćbym wył z całych sił – haf, haf.
Mijają
lata, staram uczyć się wdzięczności,
gdy
pan pogłaszcze, gdy pochwalą mnie jejmości.
Już i
woźnica pod Verdun zaginął gdzieś,
a ja
wyję do księżyca, bom pies.
Haf,
haf.
Gdy
pod listopad znów usłyszę z lasu strzały
i będą
spadać do jeziora kaczki białe,
ja w
głębi psiego serca znów poczuję zew,
gdzieś
bym biegł, gdzieś bym biegł, tak biegł…
Haf,
haf.
Za rok
lub dwa, a wiem, wypadnie w końcu na mnie,
Na
grobie mi połóżcie mały czeski kamień.
Już
człowiek brak nagrobka mógłby ciężko znieść,
a cóż
pies, a cóż dopiero pies…
|