JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


Tłumaczenia tekstów- POLSKIE
 

JERZY MAREK

Rocznik 1965. Polonista. Mieszka i pracuje w Bielsku-Białej. Uczy języka polskiego w III LO im. S. Żeromskiego, prowadzi też dla studentów polonistyki zajęcia z języka mediów w Kolegium Nauczycielskim.

Od połowy lat osiemdziesiątych zafascynowany kulturą czeską i – szerzej – kulturą Europy Środkowej. Artykuły i szkice publikuje najczęściej na łamach pisma „Świat i Słowo”.

 

 

 

 

 

Anioły moje

Aniele nocny
Słodkie zapomnienie
Mą radość pocznij
Ta jest w cenie

Aniele brzasku
Skrzydłami swoimi
Jak ciepłem łaski
Pilnuj ziemi

Aniele dzienny
Moja wodo żywa
Światów niedosięgłych
Przede mną nie skrywaj

Anioły moje
O ile jesteście
Póki tu stoję
Siłę mi nieście

 


 

Cieszyńska

 

Gdybym w tym mieście mógł się urodzić
przed stu laty
w pana Larischa pięknym ogrodzie
zrywałbym kwiaty

Dla mojej narzeczonej córki szewca
Kamińskiego co we Lwowie mieszka
kochałbym ją i pieścił
chyba lat dwieście

Mieszkalibyśmy na Sachsenbergu
w domu u Żyda Kohna
największym pośród cieszyńskich skarbów
byłaby ona

Znałaby polski i trochę czeski
pár slov nemecky a smála by se hezky
niech raz na sto lat cud się dokona
cud się dokona

Gdybym urodził się przed stu laty
u Prochazki znalazłbym fach
księgi oprawiać mógłbym i wypłaty
oczekiwać w ustalonych dniach

Miałbym trzydzieści lat troje dzieci
zdrowie i żonę najpiękniejszą w świecie
całe długie życie przed sobą
całe piękne dwudzieste stulecie

Gdybym w tym mieście mógł się urodzić
przed stu laty
w pana Larischa pięknym ogrodzie
rwałbym ci kwiaty

Tramwaj przez rzekę jeździłby, w końcu
dałby się szlaban podnosić słońcu
a z okien pachniałby
świąteczny obiad

Wieczór zagrałby Pod Mojżeszem
starą pieśń o dawnych wiekach
byłoby lato tysiąc dziewięćset dziesięć
a za domem senna rzeka

Widzę nas wszystkich szczęśliwych: siebie
żonę i dzieci pod cieszyńskim niebem
dobrze że człowiek nigdy nie wie
co go czeka



 

Danse macabre
tłumaczenie (dla zespołu Akurat) Jerzy Marek
dla Leonarda Cohena

 

 


Sześć milionów serc uleciało przez kominy
nasze małe kłamstwa dziś sobie wybaczymy
będziemy śmiać się tańcząc na rynku z wieśniakami
teraz już wiem
kocham cię
Miłość i nienawiść różnią się niewiele
woźnica trzaska z bicza, jedziemy na wesele
w czerwonej bluzce z aksamitu
Marię i Ewę przypominasz mi
a mnie zabiją dziś
Dzieci to pojęły, patrzą na mnie smutno
na czole trzecie oko straszy zimną pustką
Bóg chyba wypił sporo bałkańskiego wina
i poszedł spać
inaczej sensu brak

 



 

Darmodziej
Dedykowana Karelowi Šiktancowi
 

 

Jakiś nieznany gość
szedł wczoraj po ulicy
dobrze widziałem go
z okna swej kamienicy
na flecie chorał grał
brzmiało to niby dzwon
a był w tym jakiś żal
i piękny długi ton
nagle poznałem go
wiedziałem że to on
tak to on

Zbiegłem po schodach w dół
opatulony w koc
śmietników smród się snuł
pisk szczurów przeszył noc
a w ciepłych łóżkach gdzie
raz miłość a raz sen
cicho wierciły się
widma domowych scen
odpowiedź chciałem znać
na pytań sto o sens

Dopadłem go pod murem
ręka chwyciła spód
kurtki z wężowej skóry
szedł od niej dziwny chłód
odwrócił do mnie się
miał oczy pełne wron
głębokie blizny dwie
na twarzy z obu stron
nagle poznałem go
wiedziałem że to on
tak to on

Milcząc ze strachu drżał
niepokój krył się w oczach
w ręku piszczałkę miał
od Hieronima Boscha
nad domem księżyc pękł
jak ptaków nocnych śpiew
tak jak sumienia jęk
że znów stoczyłem się
teraz poznałem go
tak to jest Darmodziej
mój Darmodziej

Mój Darmodziej
mroczny pan losu i miłości
unika dni włóczy się
lubi we śnie gościć
mój Darmodziej
piękne zło, jad ma pod językiem
gdy sprzedać chce ludziom swe
szpilki i słowniki

Jakiś nieznany gość
chodził od drzwi do drzwi
dziś już nie widzę go
kapały krople krwi
zabrałem jego flet
znów zabrzmiał niby dzwon
a był w tym jakiś lęk
i piękny długi ton
zorientowałem się
że przecież ja to on
ja to on

Wasz Darmodziej
mroczny pan losu i miłości
unikam dni włóczę się
lubię we śnie gościć
wasz Darmodziej
piękne zło, jad mam pod językiem
gdy sprzedać chcę ludziom swe
szpilki i słowniki

 

 

 

DEŽO
Jerzy Marek


   

Dežo ma noże
A ja dobry Boże
Nie mam nic
I myślę Ty stary ośle
Gdzie cię przyniosło
Weź idź
Mroczny kąt
Tego miasta
To niewybaczalny błąd
Zaraz cię ktoś pochlasta
Wole
Przecież to minowe pole

Dežo fachowiec
Sunie jak odrzutowiec
Łubudu
A ja jak ten wół
Wypiłem flaszki pół
I idę tu
Mroczny kąt
Wiesz kochanie
To niewybaczalny błąd
Znów w coś się wtarabanię
Słowa słowa słowa
Byle nie prowokować

Mam białą skórę w nocy żarzę
Tak jak łajno przed ołtarzem
Tak jak dukat pod latarnią
Chciałbym mieć teraz gębę czarną

Z włosów nie słynę
Wypadły i łysinę
Już mam
Dežo tu płynie
Pyta mnie skinie
Co, sam?
Mroczny kąt
Mój łeb się jarzy
To niewybaczalny błąd
Dostanę dziś po twarzy
Zaraz jęczeć będę
Przez tę moją białą gębę

Mam białą skórę w nocy żarzę
Tak jak łajno przed ołtarzem
Tak jak dukat pod latarnią
Chciałbym mieć teraz gębę czarną

 



Dla Lenki

 

Sił mało pod oczami wory
a pod językiem czuję gorycz
wiarę tracę wiarę
to deprymuje

Strzelają do mnie reflektory
i jestem celem dla myśliwskiej sfory
ktoś do mnie pali a to mnie boli
już serce kłuje

Świty są smutne jak wieczory
krew mi z nosa cieknie jestem chory
nikt telefonu nie podnosi
nie słucha moich słów

Świty są smutne jak wieczory
a życie uczy mnie pokory
nie ma o radę kogo prosić
i nagle wtorek znów

Jak ci się wiedzie?
No czasem fajnie czasem – wiecie sami
dwóch puzonistów z orkiestry dętej
gra mi pod oknami

Mówię jak mój przyjaciel Pepa
patrząc w oczy ślicznej panienki:
Twoje wdzięki choć nudzą mnie
robią wrażenie

Fortuna znowu była ślepa
gdy rzekła mi to co mi rzekła
a ktoś mi z piekła śle pozdrowienie
śle pozdrowienie

Świty są smutne jak wieczory
a życie uczy mnie pokory
nie ma o radę kogo prosić
i nagle wtorek znów

Moja córeczko tłumaczyłem
że cztery lata ciężką są udręką
a czas pędzi zawsze i wszędzie
tak mi bez ciebie źle

Gdy umrę, wspomnij że byłem
dla ciebie układałem tę piosenkę
cierpiałem stale łzy wylewałem
światu mówiłem „nie”

Świty są smutne jak wieczory
a życie uczy mnie pokory
nie ma o radę kogo prosić
i nagle wtorek znów
 

 



długa cienka struna
 

  


Tak jak długa cienka struna
jeszcze palcem nietrącona
jak księżyca mokra łuna
w garści wody uwięziona
tak jak wraki u wybrzeży
jak grosz marny dla kelnera
tak jak dzwony z miejskiej wieży
gdy się obce wojsko wdziera

Takie czuję przygnębienie
takie przygnębienie we mnie
nic nie zmienię, nic nie zmienię
póki nuty dźwięczą ciemne
takie pieśni śpiewać umiem
takie pieśni śpiewać umiem
tylko tak ten świat rozumiem

Jak liść drżący niepokojem
gdy październik zdziera zieleń
tak jak ręce, lecz nie twoje
chłodne ręce na mym ciele
tak jak obietnica płocha
co wyrasta mrocznym murem
jak pytanie Czy mnie kochasz?
jak milczenie twe ponure

Takie czuję przygnębienie
takie przygnębienie we mnie
nic nie zmienię, nic nie zmienię
póki nuty dźwięczą ciemne
takie pieśni śpiewać umiem
takie pieśni śpiewać umiem
tylko tak ten świat rozumiem

Jak niechciane brzemię które
muszę nieść bez powodzenia
tak jak ptaki mknące w górę
lżejsze od ludzkiego tchnienia
tak jak pierwsze w płucach drgnienie
jak noc skora do milczenia
jak ostatnie przebudzenie
tak jak miłość której nie ma

Takie czuję przygnębienie
takie przygnębienie we mnie
nic nie zmienię, nic nie zmienię
póki nuty dźwięczą ciemne
takie pieśni śpiewać umiem
takie pieśni śpiewać umiem
tylko tak ten świat rozumiem

 




Dopóki słychać mój śpiew


 

Z Cieszyna pociągi ruszają w drogę od lat
wczoraj nie spałem dziś także nie będę się kładł
w Medardzie patronie mym budzi się święty gniew
ale wciąż nie umarłem, dopóki słychać mój śpiew

Po suchy prowiant znów dworcowy odwiedzam kram
serce by kochać a głowę do piosenek mam
jak trzeba żyć wszyscy uczą mnie logice wbrew
ale wciąż nie umarłem, dopóki słychać mój śpiew

Wklejam do albumu wspomnień i biletów rząd
nie wiem gdzie koniec wiem tylko że wyruszam stąd
za oknem migoce życie i szpalery drzew
wciąż nie umarłem, dopóki słychać mój śpiew

Robiłem głupstwa i słono płaciłem nie raz
huśta kołysze i buja mną wśród krętych tras
i choćby hieny rzuciły się spijać mą krew
to wciąż nie umarłem, dopóki słychać mój śpiew

Z Cieszyna pociągi ruszają na świata kres
podnoszę telefon i pytam Czy ktoś tam jest?
A gdzieś z oddali głos dobiega jak życia zew
że wciąż nie umarłem, dopóki słychać mój śpiew
że wciąż nie umarłem, dopóki słychać mój śpiew




Dzięcioł


 

Za oknem świt a modry dzięcioł już po niebie lata
ty jesteś piękna niby morelka pośrodku lata
jesteś tak piękna jak winogron złotych kiść
gdy niebo płonąc ku ziemi zda się iść

Wstrzymuję dech, by nie uciekło, co tobie się śni
ty masz pod głową ręce, poduszkę ukradłem ci
jesteś spokojna jak cichy wiatru wiew
piersi falują – na wodzie łódki dwie

Za oknem świt a modry dzięcioł po niebie kołuje
przebudź się serce moje, tęsknotę i pustkę czuję
ty jesteś wrząca jak pod Etną lawy żar
gdy wulkan wstaje, tchórze znikają a
ja tu zostaję
ja tu zostaję


 

 

Gdy w kalendarz strzelę

 

 

Gdy rano buty włożę i garnitur pogrzebowy
gdy już stara złapie że dziś do roboty nie mam głowy
gdy przejdą już po każdej ostrawskiej ulicy
w czarnych korowodach smutni żałobnicy
gdy w kalendarz strzelę
będzie weselej będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta

Żeby każdy zapamiętał jak to ludzie mnie lubili
niech się baby smucą jedzą gulasz niech muzyka kwili
bo jak za życia nie znosiłem partaczenia
tak po śmierci nic w tej sprawie się nie zmienia
to będzie pięknie będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta

Czasem śmierć tak hula że nikt nie uchodzi cało
nie pomaga nawet wóda czy kochanki młode ciało
jeśli mogę wybrać chcę żeby to było
jak z Magdonem niech mi w karczmie łeb rozbiją
to będzie pięknie będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta

Nie wiem tylko jakie papierosy warto kupić
bo bym tam na górze bardzo nie chciał się wygłupić
na wszelki wypadek wezmę flaszkę rumu
bo rum w małych dawkach nie niszczy rozumu
to będzie pięknie będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta

Wiem że cię Boże nie ma jednak gdybym w ciebie wierzył
rzuć mnie na ten cmentarz gdzie mój stary kumpel leży
z Lojzą zjeżdżaliśmy na dół zawsze równi stażem
trzeźwi czy pod gazem więc już dociągniemy razem
gdy w kalendarz strzelę będzie pięknie i kwita
gdy na wieki już wyciągnę kopyta

Gdy rano buty włożę i garnitur pogrzebowy
gdy już stara złapie że dziś do roboty nie mam głowy
nawet jeśli mogło być inaczej Boże
teraz to nieważne nie było najgorzej
gdy na wieki wieków
nawet jeśli mogło być inaczej Boże
teraz to nieważne nie było najgorzej
gdy na wieki...
 

 

 

IKAR


 

Niedobrze mi się robi, robi mi się coraz gorzej
kosmetyka dłoni połamanym nożem
brwi nerwowo wyszarpuję pęsetą
w smutnego klauna zmieniam się
i każdy może wyśmiać mnie
a ja w teatrze bardzo chcę znów upić się z Markétą

Jak Ikar jestem wolny, już
ze skrzydeł kapie wosk
na dole miga Ruś
Europa obok tam
a ja nad swoim życiem władzę mam
Jestem sam
na dole kropki ludzi widać w dali
czarni, Arabowie, Żydzi, żółci, biali,
jasnowidze, ślepcy i tak dalej
w nienawiści żyją stale
Ja to znam

Tych dni, gdy ci pisałem trzysta esemesów z rana
koniec, prędzej znajdę igłę w stogu siana
niż odwagi resztki sam odebrać sobie dam
ty coraz bardziej przypominasz zimną colę
którą jakiś koleś kupił za niewielką dolę
żeby łyk po łyku wypić ją gdzieś przy szkole

Jak Ikar jestem wolny, już
ze skrzydeł kapie wosk
na dole miga Ruś
Europa obok tam
a ja nad swoim życiem władzę mam
Jestem sam
na dole kropki ludzi widać w dali
czarni, Arabowie, Żydzi, żółci, biali,
jasnowidze, ślepcy i tak dalej
w nienawiści żyją stale
Ja to znam

Nie można tu na deskach tanich scen do ojca mieć pretensji, że
kieszenie nosi puste, zawsze dla
wszystkich każdego dnia dobre słowo ma.
Trudno malować mamę na niebiesko bo
na zdjęciu czarne tło z dzieciństwa lęków sto
z Arbesem w noc i zło z depresją niosę powolutku
aż na dno

Jak Ikar jestem wolny, już
ze skrzydeł kapie wosk
na dole miga Ruś
Europa obok tam
a ja nad swoim życiem władzę mam
Jestem sam
na dole kropki ludzi widać w dali
czarni, Arabowie, Żydzi, żółci, biali,
jasnowidze, ślepcy i tak dalej
w nienawiści żyją stale
Ja to znam

 

 

 

Jutro z blaskiem dnia
Jerzy Marek
 

 


Gdy jutro z blaskiem dnia
pod mur zawloką mnie
za zdrowie aż do dna
wypiję wódki dwie
opaskę z oczu precz
zedrę by niebo widzieć i
wspomnieniem sięgnąć wstecz
o tobie miła śnić
wspomnieniem sięgnąć wstecz
i o tobie śnić

Gdy jutro z blaskiem dnia
przyjdzie do mnie ksiądz
pomyłka, powiem, ja
wcale nie chcę odejść stąd
po swojemu chciałem żyć
i tak samo umrzeć mam
gorzkiego losu łyk
muszę wypić sam
gorzkiego losu łyk
chcę wypić sam

Gdy jutro z blaskiem dnia
porucznik powie pal
dni bez splecionych ciał
tak bardzo będzie żal
jeszcze w słońce spojrzę raz
a potem smutno będzie mi
że cię zostawić czas
samotną na ziemi
że cię zostawić czas
na ziemi

Gdy jutro z blaskiem dnia
bieliznę pójdziesz prać
gotować rąbać drwa
ja pod murem będę stać
wrzuć w ogień szczapy dwie
i smutek w sobie skryj
nie zapominaj mnie
i pamiętając żyj
nie zapominaj mnie
i żyj

 



Kometa
Jerzy Marek


 

Widziałem kometę, po niebie leciała
chciałem jej zaśpiewać, lecz w pył się rozwiała
zniknęła jak łania w zaroślach pod lasem
oczy mi przeszyła złotych monet blaskiem

Monety schowałem do ziemi pod dębem
gdy znowu przyleci, nas już tu nie będzie
nas już tu nie będzie i próżno się łudzić
widziałem kometę, chciałem jej zanucić

O trawie, o lesie, o wodzie
o śmierci, z którą tak trudno się pogodzić
o zdradzie, miłości, o świecie
o losie pokoleń żyjących na naszej planecie

Już gwiezdne perony pełne dźwięcznych głosów
pan Kepler rozpoznał reguły kosmosu
znalazł przez lunetę w gwiazdach tajemnicę
co nieść ją musimy na barkach przez życie

Tę jedną z odwiecznych tajemnic przyrody
że tylko z człowieka człowiek się narodzi
że drzewo to związek liści i korzeni
wszechświatem wędruje krew naszych nadziei

Widziałem kometę niby relief, dłutem
dawno już zmarłego artysty wykuty
sięgałem do nieba, marna moja siła
prawda mnie brutalnie na ziemię strąciła

Jak posąg Dawida rzeźbiony w marmurze
zamarłem, ze wzrokiem wzniesionym ku górze
gdy znowu przyleci, ach próżno się smucić
nas już tu nie będzie, inny jej zanuci

O trawie, o lesie, o wodzie
o śmierci, z którą tak trudno się pogodzić
o zdradzie, miłości, o świecie
będzie to piosenka o nas i o komecie




Kostucha i Śmierć

  

Naprawdę nie wiem jak to było
gdzie mnie poniosły kroki
w tych miejscach światło nie świeciło
i noc charczała mrokiem
jak w worku do topienia kotów
czułem ciemności smak
nagle dwie laski wyszły tuż zza płotu
ta z kosą drugiej ciała brak

Coś taki smutny niech ja skonam
jeszcze nam wykitujesz
każda z nich śmieje się jak pokręcona
i kieckę podkasuje
ręce wsunęły mi pod pachy
tym wyćwiczonym gestem
już jedna na taksówkę macha
jedziemy na imprezkę

Pamiętać knajpy gdzieśmy byli
to nie jest w mojej mocy
gdy nas z ostatniej wyrzucili
już było po północy
ich dom daleko na odludziu
pod baldachimem łoża
mówię gdybym się rano nie obudził
niech was nie ścina groza

Ta z kosą leży z lewej strony
a z prawej ta bez ciała
rano wstaje tylko pomylony
śpij chłopcze powiedziała
gdy się zbudziłem bez pojęcia
wśród opuszczonych rolet
kawioru szczątki po przyjęciu
walały się na stole

Jak ranę czułem całym sobą
ból w piersiach nieskończony
a budzik tykał mi nad głową
na wieczność nastawiony
i rytm wybijał w mojej skroni
jak ministranci w kościele
w oddali gdzieś komórka dzwoni
a ja mam piękną niedzielę

 

 

Koszulka
dedykowana żonie
 

 

Zdejmij już koszulkę ukochana
przed nami noc cała aż do rana
ranek jest daleko, serca blisko
pięknie jest miłością kochać czystą

Wczoraj uciekłaś, dziś jesteś u mnie
ja tylko ciebie tak pieścić umiem
na wodzie wodziczce lód spękany
może już nigdy się nie spotkamy

Zdejmij już koszulkę lekką, zwiewną
jesteś najpiękniejsza, wiem na pewno
jutrzenka goreje krwią na niebie
pierwszą miłością obdarzmy siebie
 




Krecie metro

   

Pierwsza druga i trzy ćwierci
kret w ogródku dziurę wierci
pazurami ryje darń
metro kretom robi drań

Rrrrrrrrrrr...

Forsa i do jazdy smak
trasę każe wybrać tak:
od ogórków aż po grochu liść
dalej na piechotę trzeba iść

Rrrrrrrrrrr...





Mam tylko bliznę

 

Za stary jestem, aby rewolucjom dawać wiarę
a moja wielka głowa dziwi kaptur swym rozmiarem
jedzenie półproduktów zawsze było dla mnie męką
kiedy się zjawia problem, nervosol mam pod ręką
A przez igielne ucho nigdy chyba przejść nie zdołam
gdy wilki za mną biegną, nie rozglądam się dokoła
A gdyby o anioła ktoś zapytać chciał...
Mam tylko bliznę, bo przy mnie stał

Garnitur zakurzony, na rękawie dziura
me grube palce nie potrafią dobrze związać sznura
gdy zdarzy mi się płakać, wolę zakrywać oczy
a w rytm muzyki zawsze do tańca umiem skoczyć
Wiele widziałem w rękach miałem różne ważne sprawy
i bardzo się wstydziłem, gdy grzmiały salwy sławy
A gdyby o anioła ktoś zapytać chciał...
Mam tylko bliznę, bo przy mnie stał

Spotkałem prezydentów, czasem wrogą tłuszczę
przyszedłem na świat nagi nagi go opuszczę
jak miałem lat piętnaście, widziałem ruskie tanki
po pięćdziesiątce wysłuchałem wróżby od cyganki
Zanim przed świętym Piotrem stawię się u bram nieba
poetom czeskiej ziemi pokłonić mi się trzeba
A gdyby o anioła ktoś zapytać chciał...
Mam tylko bliznę, bo przy mnie stał

W Paryżu ruskie L`Humanité brałem do czytania
w tym czasie z Biblii rozumiałem tylko proste zdania
w New Yorku zrobił mi się wrzód od łyżki plastikowej
najlepszą kawę piłem przy pasażu w Hypernowej
W mariasza grając chciałbym wszystkie karty mieć znaczone
chciałbym zobaczyć Baník, jak rozbija Barcelonę
A gdyby o anioła ktoś zapytać chciał...
Mam tylko bliznę, bo przy mnie stał

Niektórzy pędzą ku wciąż nowym doznaniom
ale ja, miła ma, ciągle kocham cię tak samo
gdy ciasto na pierogi rozprowadzasz wałkiem
gdy wznosisz palec niczym dyrygencką pałkę
A gdy się między nami jakaś kłótnia rozpoczyna
myślę o miłych chwilach a o złych zapominam
A gdyby o anioła ktoś zapytać chciał...
Mam tylko bliznę, bo przy mnie stał





Martwa pszczoła

Martwa pszczoła na stole gdzie leciała
kropelek lemoniady pić nie chciała
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort

Mała beksa buzię trze rękami brudnymi
jedna martwa pszczoła jeszcze lata nie czyni
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort

A słońce świeci
tak leniwie

Starsza pani na fotelu czyta Kwiaty zła
francuski dzisiaj już mało kto zna
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort

Wnet południe zegar z wieży wybije
martwa pszczoła w górę już się nie wzbije
słodkie eklerki
niby trumienki
i lodowy tort

A słońce świeci
tak leniwie


 

Maskarada

 

Koło fortuny toczy się
aż Śmierć paluchem kiwnie że
pora pakować ziemskie graty
doczesne szczątki składać czas
skłonić się damie nisko w pas
w dostojny taniec puścić gnaty

Tańczy się zwykle na trzy pas
gdy życie ku końcowi gna
ten bal to ludzkich losów schemat
Fakt, nie oszczędzam pani nóg
gdybym o łaskę prosić mógł
przecież właściwie mnie tu nie ma

To piękna Marta czy
zjawa z tańca śmierci
ma sweter w kratę i
słodko zadkiem kręci
ktoś do zabawy dał znak
niech to szlag...

Już miłosierny zapadł mrok
nie widać dalej niż na krok
parkietu na balowej sali
w ciemności zarys twarzy zblakł
każdy na Martę patrzy jak
wolno rozpływa się w oddali

Kapelmistrz już batutę wzniósł
i z partytury strzepnął kurz
to jest najlepszy muzyk w świecie
a w kręgu miga raz po raz
przy stole nieruchoma twarz
inni się pocą na parkiecie

To piękna Marta czy
zjawa z tańca śmierci
ma sweter w kratę i
słodko zadkiem kręci
ktoś do zabawy dał znak
niech to szlag...

Nad ranem pokojówka by
pościel przewietrzyć przyjdzie i
pod łóżkiem znajdzie parę groszy
panna z recepcji czyta o
antykoncepcji książkę bo
o księcia z bajki wróżkę prosi

Szatniarce marynarek stos
został po gościach co za los
jak się kontrola napatoczy
wskazówki stoją czwarta dwie
ta większa już za chwilę drgnie
wszystko się wciąż dokoła toczy

To piękna Marta czy
zjawa z tańca śmierci
ma sweter w kratę i
słodko zadkiem kręci
zabawę kończyć już czas
słońca blask...

 

 


Moja mała wojna


 

Mobilizacja pełna
rekrucką kartę biorę
na swoją małą wojnę
wyruszam dziś wieczorem
Cesarz nie wypowiedział
jej rozkazem żadnym
lecz cofnąć się nie mogę
gdy pierwsze ciosy padły

Dobosz mojego serca
wybija rytm marszowy
a we mnie się ustawia
chorągiew w szyk bojowy
Ja wieczny pacyfista
dziś sobie słabo radzę
rysuję trupią czaszkę
kredą na czarnej fladze

Trzymajcie za mnie kciuki
bo we mnie strach i gniew
w tej mojej małej wojnie
będzie się lała krew
Z nadzieją oczekujcie
dobrych wieści z frontu
a ja do boju ruszam
bronić swych horyzontów

Strzec muszę ziemi co ma
dwa kwadratowe cale
ja przecież więcej miejsca
nie potrzebuję wcale
Chcą mi odebrać wszystko
żegnajcie muszę lecieć
na moją małą wojnę
na moją małą wojnę
idę na moją wojnę
przeciwko mieczom z mieczem



Moje smutne serce


 

Nad mą głową chmury pełne mroku
co z miłością, pytam ludzi wokół
moje serce
smutne serce

Nagi bosy w mieście pełnym huku
wciąż miłości szukam absolutu
moje serce
smutne serce

Nie ma, nie ma, wszystko złuda marna
zaśniedziałe szyldy na lombardach
moje serce
smutne serce

 

 

Moskiewska wirtualka

Jerzy Marek

 

   


Twerskim Bulwarem chodzę sam
Płyt szukam z marnym skutkiem
Dolar się z rublem ściska a
Coś miesza z whisky wódkę

Na Plac Czerwony wkroczy znów
Wojskowa defilada
Zwyczaj czy wymóg czasów już
W mym wieku nie przeszkadza

Z pomnika Bułat patrzy na
Łamańce hip-hopowe
Dla wszystkich na tej ziemi czas
Tę samą ma wymowę

Tu na deptaku już od lat
Stary trolejbus stoi
Po desperatach został ślad
Słów pieśni ton melodii

To czego pragniesz znajdziesz gdzieś
Mówi mi śliczna Tania
Wiarę nadzieję miłość więc
Tymczasem Doswidania

Jeszcze matrioszkę kupić chcę
Co przetrwa wszystkie chwile
Na murku napis wyryć że
Jerry was here i tyle

 


Myszka Miki


   

Nad ranem budzi mnie mrok, więc za nadgarstek chwytam
czy puls mi jeszcze bije, czy nowy dzień zaświta
czy jest już po mnie i śmierć przy moim łóżku gości
każdego ranka nowe przebudzenie do nicości

Nie ma jak, nie ma gdzie, dlaczego, kiedy, co
nie ma z kim, nie ma o czym, samotność to nasz los
wychudły Don Kichot już Rosynanta ćwiczy
a Bóg to ślepy szofer z ręką na kierownicy

Włączam telefon ten notatnik przykrych treści
jak gliny po ulicach sennych snują się złe wieści
niby zbudzony a jeszcze pogrążony we śnie
mam minę Myszki Miki, uśmiech się zjawić nie chce
Skreślić poranki

Z radia się sączy jazz, chyba Chick Corea
doprawdy jest wesoło mniej więcej jak w mauzoleach
w kolejce do mumii mam wory pod oczami
różowy świt mnie swym pięknem nie omami

Tak dużo padło już słów, co robić i kto winien
świat się otula w mrok a nasze łóżko z wolna stygnie
jak mogło do tego dojść, pytam znów nie w porę
że drwal ścinając drzewa rozdzielił nas toporem?

Łóżko się podzieliło na dwa niepodległe kraje
rysunek na tapecie zasiekami się wydaje
we śnie się nic nie zdarzy, sen słodką jest nirwaną
kochałem cię a teraz wściekłości pluję pianą
Skreślić zasieki

Te wszystkie godziny i minuty przeklinałem
gdy rzeczy nie są czarne, ale nie są także białe
gdy nie wiesz noc to, czy dzień, czy świta, czy mrok siny
boli mnie jawa ale nie podaje nikt morfiny

Wściekle pulsuje skroń i tępo w piersiach męczy
zasnąć i nie obudzić się, myślami się nie dręczyć
z głową zwieszoną łez twych muszę słuchać jeszcze
na życie już za późno a znów na śmierć za wcześnie

Co się zdarzyło wczoraj, to jakby się nie stało
wypiłem cały zapas kawy, nic mi to nie dało
gdy czegoś nie chcesz to się właśnie stanie, dowiedziono
że kromka z masłem spada na dół zawsze głupią stroną
Masło bym skreślił

Mówisz o nadziei a twoje słowa nad ranem
jak drogi nadajników międzygwiezdnych poplątane
gdyby tak piżamy zdjąć o to tylko proszę
dwadzieścia lat mówiłem lecz rozmowy nic nie wnoszą

Prosiak z plakatu co tu wisi na drzwiach łazienki
gapi się na mnie, kiedy woda w muszli kółka kręci
wszystko już wykrzyczane i spłukane do klozetu
teraz mi pozostaje wziąć kilka głębokich wdechów

Znowu za puls się łapię za oknem nowy ranek
zegary na dzień dobry biją wprost jak zwariowane
niby zbudzony a jeszcze pogrążony we śnie
mam minę Myszki Miki, uśmiech się zjawić nie chce
Miłość bym skreślił

Nad ranem budzi mnie mrok, więc za nadgarstek chwytam
czy puls mi jeszcze bije, czy nowy dzień zaświta
czy jest już po mnie i śmierć przy moim łóżku gości
każdego ranka nowe przebudzenie do nicości

 


Na tej samej łodzi


 

Tą samą łodzią gnamy
wszyscy jak jeden mąż
gdy wiosła odkładamy
bezwolnie dryfujemy
tą samą łodzią gnamy
w stronę zagłady wciąż
i martwych wyrzucamy
a z żywych się śmiejemy

Kapitan znów pijany
bosman nic nie słyszy
podróżni wymiotują
mat się ze wstrętu krzywi
a gdzieś tam nad głowami
pętla się kołysze
dla tych co jeszcze czują
dla tych co jeszcze żywi

Horyzont gdzieś w oddali
a łódź ma wiele dziur
bezradni cieśle stali
łamali sobie głowy
horyzont gdzieś w oddali
tak trudno trzymać kurs
tych co się wczoraj bali
dziś dziennik pokładowy

Kapitan znów pijany
bosman nic nie słyszy
podróżni wymiotują
mat się ze wstrętu krzywi
a gdzieś tam nad głowami
pętla się kołysze
dla tych co jeszcze czują
dla tych co jeszcze żywi

A szczury z każdej strony
jakby za mało plag
z uśmiechem wykrzywionym
kłębią się pod pokładem
a szczury z każdej strony
do diabła niech je szlag
los jeszcze niespełniony
i damy sobie radę

Kapitan znów pijany
bosman nic nie słyszy
podróżni wymiotują
mat się ze wstrętu krzywi
a gdzieś tam nad głowami
pętla się kołysze
dla tych co jeszcze czują
dla tych co jeszcze żywi

Tą samą łodzią gnamy
wszyscy jak jeden mąż
gdy wiosła odkładamy
bezwolnie dryfujemy
tą samą łodzią gnamy
w stronę zagłady wciąż
i martwych wyrzucamy
a z żywych się śmiejemy

Piracką flagę w górę
a do zębów noże
by trochę żarcia posłać
świeżego dla piranii
zrobimy w niebie dziurę
czy tam mieszkasz Boże
teraz ty bierzesz wiosła
a my siadamy za sterami


 


Never more


 
 

Wiersze czytałem w nocy długo dość
radio grało
nagle o parapet stuknęło coś
a może tylko tak mi się zdawało
zza okna tajemniczy cichy głos
zdał się słabo nieść
Przepraszam, czy z poetą zetknął mnie los
może moglibyśmy na chwilę wejść?

W sieni parasol podał mi i płaszcz
i flaszkę wina
jakbym już kiedyś gdzieś widział tę twarz
była to twarz, której się nie zapomina
w przeciągu zgasła świeca
płomień zimny wiatr zwiał
dreszcz jakiś przeszedł mi po plecach
na podłodze kruk stał

W fotelu usiadł gość a czarny ptak
na jego dłoni
serce zakłuło, gdy dostrzegłem jak
nad butem skrawek końskiej sierści się wyłonił
Razem przebyliśmy ten drogi szmat
zgodnie z życzeniem twym
i wizytówkę podał mi przez blat
firma Diabeł i Syn

Przywoływałem go przez wiele dni
wiele nocy
czekałem, gdy tchu brakowało mi
a teraz mogłem mu popatrzeć prosto w oczy
poczułem jak mi ścierpła skóra
strach gardło lodem skuł
na widok kartki i gęsiego pióra
które wyjął na stół

Ty musisz tylko małą kroplę krwi
zaoferować
ja nowych doznań ci otworzę drzwi
i w pieśni będziesz umiał składać słowa
Dlaczego aż tak cię zaprząta
moich myśli tor?
spytałem a kruk zaskrzeczał z kąta
Never more

Na dłoni mam zaschniętą kroplę krwi
mrok okrył salę
a blizną szarpie ból, kiedy mży
a wyjrzyj no przez okno – przecież pada stale
rozchwiany jak po zabłądzeniu
gdzieś na ślepy tor
a kruk zakrakał siedząc na ramieniu
Never more




Niebo jest tu

 

 


Gdy biorę cię za ręce
słyszę jak bije serce
skowronek nam przygrywa
ach, jesteś cudnie żywa

Niebo jest tu, niebo jest w nas
niebo jest wszędzie tam, gdzie my

Jeżeli coś polubisz
łatwo to w życiu zgubić
gdy czegoś ci zabraknie
do śmierci tego łakniesz

Niebo jest tu, niebo jest w nas
niebo jest wszędzie tam, gdzie my

Do ziemi poświęconej
każde z nas przeznaczone
z rękami splecionymi
me włosy między twymi

Niebo jest tu, niebo jest w nas
niebo jest wszędzie tam, gdzie my


 

 

O poezję wołam

Wszyscy chcą ode mnie szmal i autografy
Dlaczego nie chce nikt rozmawiać ze mną o sonetach Karla Hynka Máchy?
Naprawdę fajnie byłoby
Przeanalizować rytm w sonecie
Tylko że ty chcesz podpis albo fotkę mówisz mi
Że jeśli ci ich nie dam jestem marnym śmieciem

O poezję wołam
O trochę zrozumienia
Ale dookoła
Tych rzeczy nie ma
Co ja mam z żywota?
Wciąż przyziemne sprawy
Me serce Don Kichota
Od tego krwawi

Wszyscy chcą ode mnie fotek kolorowych
Dlaczego nie chce nikt rozmyślać ze mną gdzie tu można kupić wóz cyrkowy?
Chciałbym pobiec świtem cudnym
By uprzęże koniom pozakładać
Pompować koła no a potem zniknąć gdzieś daleko na południu
Gdzie się pije coca-colę i banany jada

O poezję wołam
O trochę zrozumienia
Ale dookoła
Tych rzeczy nie ma
Co ja mam z żywota?
Wciąż przyziemne sprawy
Me serce Don Kichota
Od tego krwawi

Wszyscy chcą ode mnie właśnie strasznie mało
Żeby to szło żeby to grało by jakoś pasowało
A ja nie jestem żaden bank
Ani charytatywna instytucja
Chętnie piątkę ci na bułkę dam
A tobie dychę do pudełka rzucam
Na wszystkie sierocińce w kraju
I na Afrykę
Bo tam nie dojadają
Na wytępienie polityków
Rozwiązanie NATO
Ale za to

O poezję wołam
O trochę zrozumienia
Ale dookoła
Tych rzeczy nie ma
Co ja mam z żywota?
Wciąż przyziemne sprawy
Me serce Don Kichota
Od tego krwawi
 



 

Ona jest na mnie zła
 

 

Zamyka do sypialni drzwi
choć pukam nie otwiera i
jak w głębokim śnie
nie chce słyszeć mnie
ona jest na mnie zła

Nieba jej przychyliłem próg
rzuciłem skarby do jej nóg
obfitości cud
z ptasim mlekiem miód
ona jest na mnie zła

Jutro jak tylko wstanie świt
na rynek powędruję w mig
złoty dukat tam
za pierścionek dam
żeby nie była zła

Pierścionkiem tym zamkniemy drzwi
nikogo nie wpuścimy i
ja się wtulę w nią
i przebaczę to
że była na mnie zła

 


Ostrawo


 

Ostrawo, Ostrawo
niezwyczajne miejsce
gorzkie moje szczęście
Ostrawo, Ostrawo
czarnych gwiazd na niebie sto

Inne miasta
Bóg obdarzył urokami
parowce na nabrzeżach
wystrojone piękne damy
Ostrawo, z serca głos
przypieczętowany los

Ostrawo, Ostrawo
wzrok się nie nasyci
pięknem okolicy
Ostrawo, Ostrawo
czarnych gwiazd na niebie sto

Choćby w różne strony
świata mnie poniosło
to jak ptak do domu
umiem znaleźć drogę prostą
Ostrawo, z serca głos
przypieczętowany los




Plebs blues


 

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem piramidy
cholerni władcy pomyślałem niech ich szlag
oni traktują ludzi jak parszywe gnidy
dla ich kaprysów muszę znosić milion plag

Oni z piaskowca projektują sobie groby
żeby w historii się zapisać nam na złość
ja do pocisków wkręcam śrubki każdej doby
a gdybym nie chciał to mi zaraz dadzą w kość

To jest mój plebs blues...

Za marne żarcie rzodkiew i pęczek cebuli
jestem jak błazen dziejów bezimienny głos
Cezara wycieraczka dziwka Kaliguli
negatyw życia wyretuszowany los

Gdy podnosiłem głowę zaraz brałem w gębę
w końcu przekroczyliśmy demokracji próg
lecz w dobro Pana Boga wierzyć już nie będę
a nawet w to że jest gdzieś jakiś Bóg

To jest mój plebs blues...

W gazetach piszą znów że jestem panem świata
a ja się co dzień ze zmęczenia zwalam z nóg
na Księżyc co pół roku rakieta lata
a ja wciąż łajno toczę jak pustynny żuk

Mam przecież także serce serce które bije
a wy patrzycie jakbym tylko żarł i żuł
dlaczego nikt nie spyta jak mi się żyje
dlaczego wciąż haruję jak roboczy wół

To jest mój plebs blues...

Nie wierzę w wasze bzdury wierzę tylko w siebie
gdy czegoś nie wyszarpię to nie będę miał
nie obiecujcie mi po śmierci życia w niebie
bo los mi przecież tylko jedno życie dał

Jestem jak miliard innych ludzi ludzka gnida
trybik w maszynie mała nieistotna część
wisi mi cała wasza głupia piramida
a pocałujcie wy mnie wszyscy gdzieś

To jest mój plebs blues...
 

 



Plują i rzucają kamieniem




W sławnym mieście Jeruzalem
czy trzeba mówić więcej
około Wielkiej Nocy
Piłat umywa ręce

Jezus się wspina na Golgotę
wokół szyderców cienie
A co jest potem?
Plują i rzucają kamieniem

Krzyż się nie zmienia
tylko czasy i nazwiska
wciąż świst kamienia
ciągle piana cieknie z pyska
a później przeprosimy
pomniki postawimy
i głowy ozdobimy

Nad klasztorem snuje się dym
księgi się palą
husyckie wojska
ołtarze rozbijają

Dobry człowiek schowany za płotem
krzyczy To diabelskie nasienie
A co jest potem?
Plują i rzucają kamieniem

Krzyż się nie zmienia
tylko czasy i nazwiska
wciąż świst kamienia
ciągle piana cieknie z pyska
a później przeprosimy
pomniki postawimy
i głowy ozdobimy

Kościół w Auvers przewraca się
wygląda jak pijany
popatrzcie tylko
Vincent jest obłąkany

Profesorowie z polotem
mierzą i demonstrują uchybienie
A co jest potem?
Plują i rzucają kamieniem

Krzyż się nie zmienia
tylko czasy i nazwiska
wciąż świst kamienia
ciągle piana cieknie z pyska
a później przeprosimy
pomniki postawimy
i głowy ozdobimy

Bard o Bratříčku śpiewa by
zasłony zdzierać
surowa prawda słów
tak boli i uwiera

A ludzie mają ochotę
zagłuszyć swe sumienie
A co jest potem?
Plują i rzucają kamieniem

Krzyż się nie zmienia
tylko czasy i nazwiska
wciąż świst kamienia
ciągle piana cieknie z pyska
a później przeprosimy
pomniki postawimy
i głowy ozdobimy

W sławnym mieście... ale to właściwie nieważne
bo zawsze czyjejś przyglądając się męce
kolejny Piłat
znowu umywa ręce


 


Pomylona Gośka

 
 

W mroku podziemnych przejść
dworca w Cieszynie Gośka pomylona
śpiewa miotłę ściskając w dłoniach
to zaklętej królewny pieśń
melodię echo niesie po peronach
kiedy śpiewa z tą miotłą w dłoniach

Fajkowy blues
rumowy song
symfonia biletowa
smród piwa z ust
zmącony wzrok
i pieśni płyną słowa
pomylonej Gośki

Niegdyś pikantna subreta
na scenie wojennego kabaretu
była piękna, piękna szalenie
Jak Liza i Marketá
mroczne tęsknoty ojców katechetów
była, ale to już wspomnienie

Fajkowy blues
rumowy song
symfonia biletowa
smród piwa z ust
zmącony wzrok
i pieśni płyną słowa
pomylonej Gośki

W podziemnym przejściu mrok
jak w bocznej nawie gotyckiej świątyni
Gośka bułkę cichutko żuje
potem robi ostatni krok
pomarańczową bluzę wiesza w sieni
a ja ją ja ją a ja ją ciągle miłuję
 


 

Przewieź mnie, przyjacielu / Převez mĕ, příteli

 

   

Na drugi brzeg przyjacielu mnie weź
przez rzekę przewieź mnie tak abym wejść
na pierwszy schodek zdołał
tylko na chwilkę na maleńki zwiad
chciałbym popatrzeć raz na tamten świat
kto mnie woła

Na chwiejną mnie przyjacielu weź łódź
za każdą cenę tylko się zgódź
samotność kłamie
dziś w nocy dobiegł mnie odległy ton
w mrok dźwięk niósł akordeon
wiem kto gra dla mnie

Miłość i śmierć mogą mieszać szyki
a pocałunki Eurydyki
motyle lata
wodą się toczy fal spienionych rząd
żywi nie mogą dotrzeć stąd
tam do ich świata

 

 

 

Przeszłość / Minulost

 

 


Jak koło północy znienacka zapuka nieznany ktoś
Tak samo za rogiem na ciebie czeka twej przeszłości głos
Buty skórzane znane ubranie włosy też jakby twe
Powoli za tobą kuśtyka póki nie dogoni cię

I powie oto mnie masz
Dobrze to zważ
Pozwól mi wejść
Jeśli mnie znasz
To ja, przeszłości głos

W kieszeni chusteczkę na węzeł związaną nosisz od wielu dni
A jednak co kupić w sklepiku to z głowy wyleciało ci
Wszystko coś po drodze pogubił zniknęło jak parowozów dym
Dziewczyna niczego nie odda choć niesie to w plecaku swym

Wciąż mówi oto mnie masz
Dobrze to zważ
Pozwól mi wejść
Jeśli mnie znasz
To ja, przeszłości głos

Drzewa urosły a trawa skarlała a na łące rośnie chwast
Czerwony tramwaj do Kończyc przypomni ci pionierskiej chusty blask
Tylko ta wyniosła głowa ci została przetrwała wiele burz
A motorniczy co wieźli cię przed laty dawno zmarli już

Oto mnie masz
Dobrze to zważ
Pozwól mi wejść
Jeśli mnie znasz
To ja, przeszłości głos

Na wierzbach nie rosną gruszki a z pokrzywy raczej nie wzejdzie las
Na to by zjeść wszystko coś wczoraj zostawił teraz przyszedł czas
Słone migdały i słodkawe grona a na nich lepki miód
Ty siedzisz za stołem a ona zaraz twój zaspokoi głód

I mówi oto mnie masz
Dobrze to zważ
Pozwól mi wejść
Jeśli mnie znasz
To ja, przeszłości głos

Pościel już łóżko niech ona się wtuli ty ułóż się do snu
Teraz cię odwiedzą ci którzy istnieli a dziś ich nie ma tu
Wszystkie te imiona przywołasz ponieważ pamięć ci wróci w lot
Rano się przebudzisz a ona w kłębuszek zwinięta niby kot

Powie ci oto mnie masz
Dobrze to zważ
Dałeś mi wejść
Teraz mnie znasz
To ja, przeszłości głos
 

 

 

Rzeka zapomnienia

 

 


Nil pruje łodzi dno
Nad łodzią wonne wonie
Na dziobie wdowa po
Umarłym faraonie
Na brzegu w cieniu wśród
Piramid biega lud
A niewolników los
Odmieni tylko cud

A w rzece zapomnienia
Tego co było nie ma
Toczy się ku kaskadom
Woda co w ciemność spada
Po Nilu płyną łodzie
My po tej mętnej wodzie
Płyniemy z wolna z nimi
Latami odwiecznymi

Po Nilu płynie łódź
Ma Kleopatry imię
Nie czekaj zdjęcia rób
Stare imperium ginie
Zrodzi się nowy ład
Gdy mewa wolno nad
Łodzią zatoczy krąg
I smutno zniknie stąd

W tej rzece zapomnienia
Tego co było nie ma
Toczy się ku kaskadom
Woda co w ciemność spada
Po Nilu płyną łodzie
My po tej mętnej wodzie
Płyniemy z wolna z nimi
Latami odwiecznymi

Po twarzach ścieka pot
I znika szminek blask
W konwojach łodzi to
Jest holowników czas
Na rufie tańczy tłum
Nikt nie pilnuje cum
Na dziobie tłumu ryk
I nie steruje nikt
W tej rzece zapomnienia
Tego co było nie ma
Toczy się ku kaskadom
Woda co w ciemność spada
Po Nilu płyną łodzie
My po tej mętnej wodzie
Płyniemy z wolna z nimi
Latami odwiecznymi



Sarajewo


 

Galicyjskie błonia wiatr przenika zły
a skromny nasz dobytek pod wodą cały znikł
jak wędrowne ptaki, jak jerzyki w dal
lecimy nad ziemią, niebieskie listy dwa

Jeszcze płonie ogień i strzela w niebo
ale teraz czas iść spać
za tą górą leży Sarajewo
tam jutro rano ślub będziemy brać

Przed ołtarzem nas na wieki zwiąże ksiądz
wieniec tamaryszku rzuci w rzeki toń
woda będzie go aż do morza nieść
my tutaj na dole a niebo w górze gdzieś

Jeszcze płonie ogień i strzela w niebo
ale teraz czas iść spać
za tą górą leży Sarajewo
tam jutro rano ślub będziemy brać

Wybuduję ci z kamienia biały dom
dębowym parkanem otoczę z wszystkich stron
żeby każdy wiedział, że kochałem cię
wzniosę go na skale, by stał po czasu kres

Jeszcze płonie ogień i strzela w niebo
ale teraz czas iść spać
za tą górą leży Sarajewo
tam jutro rano ślub będziemy brać




Szturmówka

 

 

 

Po świecie chodzę już dwadzieścia kilka lat
a świat się wciąż i wciąż tak samo toczy
ja mogę być spokojny, ja się mogę śmiać
trzeba mi tylko wykłuć oczy

Od tych obleśnych gnid mnie Panie Boże chroń
co się od wieków władzy wysługują
gdy się unosi w państwie jakaś zgniła woń
ja czuję oni nic nie czują

Mówią mi wciąż
ludzie z rządowej prasy
nie jest tak źle
no zrozum takie czasy

Szturmówkę do ręki włóżcie mi
i powiedzcie jak machać z wprawą
odnajdę w sobie właściwy ton
kadzić wam będę i bić brawo

Mój bliski sąsiad księdzem został dawno już
to fajny chłop, lecz klepie wciąż pacierze
ja jakoś w niebie nie mam żadnych bliskich dusz
a w Boga niezupełnie wierzę

W poezji zmarłych wieszczów odnajduję ład
a świat się wciąż i wciąż tak samo toczy
ja mogę być spokojny, ja się mogę śmiać
trzeba mi tylko wykłuć oczy

Mówią mi wciąż
poczciwcy u koryta
nie jest tak źle
tylko się dobrze przypatrz

Szturmówkę do ręki włóżcie mi
i powiedzcie jak machać z wprawą
odnajdę w sobie właściwy ton
kadzić wam będę i bić brawo

Z urzędu byle gość ma ogród, garaż, dom
żyje jak król choć niby sprawa mała
na moich pięciu metrach tylko rdza i złom
więc wołam w głos anarchii chwała

Gdy tatę wywalili z pracy, było źle
bo nie potrafił nagle zmienić skóry
ja w głębi duszy ciągle mam nadzieję że
zwalą się trony zadrżą mury

Mówią mi wciąż
poczciw
cy u koryta
nie jest tak źle
maszeruj i nie pytaj

Szturmówkę do ręki włóżcie mi
i powiedzcie jak machać z wprawą
odnajdę w sobie właściwy ton
kadzić wam będę i bić brawo
brawo brawo brawo
brawo

 

 

 

Takie to będzie

 

 

Zdaje mi się jakbym rzucał o ścianę groch
Tak czy owak dawne chwile się obrócą w proch
A co jutro mi przyniesie dzień
Za zasłoną ciemną kryje się

Refren za refrenem składam rzędy strof
Gdzieś z daleka słyszę syren słodki głos
A na niebie gwiazdozbiorów sto
Gdzie cię szukać moja Markéto?

Takie to będzie i
Losie mój dziękuję ci
Za te dni dobre i złe
Za to co po kawie pozostało mi na kubka dnie

Co wiatr umie nawiać może także zmieść
Jednak wszystkie nasze łzy poukrywane będą gdzieś
Tylko ten kto umie zliczyć je
Jak jest miłość niepojęta dowie się

Słowa są jak na podpałkę suchy chrust
Skrzeszesz ogień i odwrotu nie ma już
Wszędzie tylko marność proch i chwast
Ludziom nie wystarczy jeden raz

Więcej szans nie będzie i
Losie mój dziękuję ci
Za te dni dobre i złe
Za to co po kawie pozostało mi na kubka dnie

A na horyzoncie już żniwiarzy rząd
Nie ma co się przyjaciele chować w kąt
Jeden rok czy tylko kilka dni
Kogo los wybierze ten wypada z gry

Z kretynami i z pogodą nie chcę zwad
Bo przeżyłem w cyrku szereg długich lat
Bajka czy kryminał różnic brak
Zawsze wiersz po wierszu czytam tak czy siak

No bo wspak się nie da i
Losie mój dziękuję ci
Za te dni dobre i złe
Za to co po kawie pozostało mi na kubka dnie

Inny nie będzie i
Losie mój dziękuję ci
Inny to...
Finito

 

 

 

Telegram

 

   


Gdzie się podziały
Dni dawne gdy
Pisałem wracaj
Bo smutno mi

Osiem słów tylko
Takich jak zawsze
Pilny telegram
Za dwa piętnaście

PRZYJEDZ PREDKO BLAMAZ STOP
KOCHAM CIEBIE AZ PO GROB
STOP

Człowiek się wtedy
Czuł jak czarodziej
Listonosz wiózł to
Na motorze

A za dopłatą
Kto był bogaty
Mógł mieć ozdobny
Blankiecik w kwiaty

PRZYJEDZ PREDKO BLAMAZ STOP
KOCHAM CIEBIE AZ PO GROB
STOP

Wczoraj wieczorem
Na pocztę wracam
A tam już nie ma telegramów
Przestały się opłacać

Stałem pod drzwiami
Mnąc forsę w dłoniach
KOCHANIE WROC NIM
ZE STRACHU SKONAM

PRZYJEDZ PREDKO BLAMAZ STOP
KOCHAM CIEBIE AZ PO GROB
STOP

 

 

 

To co wymówione

 

 


Po ciemku
Wciąż od nowa
Ze strzępów
Sklejam słowa
Jak ślepy
Glinę gniotę
Monety
Kruszę złote

Z dawnych lat
Wciąż na nowo
Płynie w świat
Święte słowo
Muśnięte
Cichym żalem
Zamknięte
W kancjonale

To co wymówione
Wyryte w granicie
Pergamin zapłonie
A wosk roztopi się
Wszystkie te słowa
Czy proste czy splątane
Będą zawsze pamiętane

To co zapisane
Jest gdzieś pod gruzami
Szukać nie przestanę
Rozgrzebię rękami
Wszystkie te słowa
Przez kogoś ogłoszone
Będą znowu objawione

Do Rzipu
Jak po śluby
Języka
Ciężkie próby
Drużyna
Rzeź zapowie
Przeklina
W obcej mowie

Słychać znów
Łoskot losu
Poetów
Płoną stosy
Na szczycie
Białej Góry
Za życie
W czas ponury

To co wymówione
Wyryte w granicie
Pergamin zapłonie
A wosk roztopi się
Wszystkie te słowa
Czy proste czy splątane
Będą zawsze pamiętane

To co zapisane
Jest gdzieś pod gruzami
Szukać nie przestanę
Rozgrzebię rękami
Wszystkie te słowa
Przez kogoś ogłoszone
Będą znowu objawione

Kluczniku
Krypty przodków
Po cichu
Wrota otwórz
Zetrzyj proch
Dziękczynienia
Z biskupiego
Pierścienia

Z barków mu
Zdejmij ciężar
Marmuru
Księgi w rękach
Z płomieni
Ocalonej
Jeszcze nie
Spopielonej

To co wymówione
Wyryte w granicie
Pergamin zapłonie
A wosk roztopi się
Wszystkie te słowa
Czy proste czy splątane
Będą zawsze pamiętane

To co zapisane
Jest gdzieś pod gruzami
Szukać nie przestanę
Rozgrzebię rękami
Wszystkie te słowa
Przez kogoś ogłoszone
Będą znowu objawione

 



W czasie twej kąpieli


  

W czasie twej kąpieli
gdy woda kapie z rzęs
czart się we mnie wcielił
cały się trzęsę
jak ty się oddajesz wodzie
tak cię wezmę ja, jak złodziej

Już się pogubiłem
za ścianą jak palec sam
drugą kawę piję
i pety trzy wypalam
a za bardzo cienką ścianą
czuję, jak się mydlisz pianą

Zostaw wodę wodzie
niech sobie cicho płynie
zrozum, gdy żądza mnie trawi
sekunda podobna godzinie
już papieros gaśnie
kawa zimna
krew spieniona
czuję że nie zasnę
ale to nie moja wina
serca nie pokonam

W czasie twej kąpieli
gdy woda kapie z rzęs
spokój diabli wzięli
świat się ze mną trzęsie
a gdy staniesz już za progiem
czy znajdę sposób by pokonać trwogę

Zostaw wodę wodzie
niech sobie cicho płynie
zrozum, gdy żądza mnie spala
sekunda podobna godzinie
już papieros gaśnie
kawa zimna
krew spieniona
czuję że nie zasnę
ale to nie moja wina
serca nie pokonam

W czasie twej kąpieli



W rogu pokoju siedzi Zło

 

 

W rogu pokoju siedzi Zło
W fotelu przed ekranem
Nikt nie wie czy domownik to
Czy może ktoś nieznany
Bluzę jak mundur ma
Zaczyna zdjęcia wertować
Postać jakby ją sam
El Greco namalował

To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Na fotografiach z plaży
To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Te opalone twarze
To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Na tym widać trochę gorzej
To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Boże!

W półmroku w kącie siedzi Zło
Nerwowo ściska palce
A gospodyni pieczeń swą
Właśnie podaje na kolację
On tylko obliże się
Pochyli ku podłodze
Szczenięciu pogładzi sierść
I kawę trzema słodzi

To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Na fotografiach z plaży
To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Te opalone twarze
To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Na tym widać trochę gorzej
To my jesteśmy tutaj czy nie my?
Boże!

W rogu pokoju milczy Zło
A żona wino niesie
I jak się czuje pyta go
On tylko się uśmiechnie
Toastem uczci nas
Za oknem księżyc wyjdzie
Aż nagle się zatrzyma czas
Lecz to znów przyjdzie...
 



Wciąż brak mi ciebie

 

Jeszcze stale mi się śnisz
wciąż mi zaprzątasz każdą myśl
jeszcze mnie w nocy zrywa
świadomość osobliwa
jeszcze zdejmuję buty
by nie nabrudzić w sieni
choć to już nic nie zmieni

Jeszcze pamiętam
wciąż jeszcze nie przywykłem
że na twych sprzętach
osiada kurz
że dzwonek nie zadzwoni
że drzwi się nie otworzą
że teraz z innym jesteś już
wciąż brak mi ciebie
ciągle jeszcze brak ciebie

Jeszcze nie całkiem w lustrze zbladł
po twoich ustach mglisty ślad
a w każdym kącie niby czart
mrukliwy nieporadny skrzat
jeszcze cię piję w kawie
i zjadam w białym chlebie
dom jeszcze pełen ciebie

Jeszcze pamiętam
wciąż jeszcze nie przywykłem
że na twych sprzętach
osiada kurz
że dzwonek nie zadzwoni
że drzwi się nie otworzą
że teraz z innym jesteś już
wciąż brak mi ciebie
ciągle jeszcze brak ciebie

 


Wigilia (Dzieciątko)


 

Postawiłem na gazie wodę i
mielonej kawy nasypałem do kubeczka
puściłem płytę trójkę Queen
teraz popatrzę jak na drzewku płonie świeczka

Wokół mrok płomień drga tańczą cienie
nie uchwycisz ich, zaręczam
niepotrzebnie się zadręczasz
z radia już niesie się kolęd brzmienie
a ty co, Jezusku, jeszcze śpisz?

Cały świat czeka już na boży znak
a on tymczasem lata skrajem Mlecznej Drogi
a tam na dole gdzie teatr widać jak
Święty Mikołaj w stroju Dziadka Mroza chodzi

Wokół mrok płomień drga tańczą cienie
nie uchwycisz ich, zaręczam
niepotrzebnie się zadręczasz
z radia już niesie się kolęd brzmienie
a ty co, Jezusku, jeszcze śpisz?

W pokoju czuję już konopi woń
a wigilijny karp rozmrozić się nie zdołał
wyjdę na balkon w mroczną toń
i prosto w ciemność ile w płucach sił zawołam:

Wokół mrok płomień drga tańczą cienie
nie uchwycisz ich, zaręczam
niepotrzebnie się zadręczasz
z radia już niesie się kolęd brzmienie
a ty co, Jezusku, jeszcze śpisz?

 



www.fakty / www.idnes

 

 

SĄDY NIE BĘDĄ JUŻ ŚCIGAŁY WYZNAWCÓW PARSIFALA
A ty kochanie całe dwa miesiące się nie odezwałaś
FASZYSTOWSKICH BOJÓWEK BRUTALNE GROŹBY
Chciałbym być wężem żeby móc się starej skóry pozbyć
POCIĄG POSPIESZNY ZA PRAGĄ WYPADŁ Z SZYN
Folk to jest tylko forma żebym mógł wykrzyczeć coś o cierpieniu swym
PODWÓJNA ŚMIERĆ W ZBIORNIKU Z NAWOZEM SKUTKIEM NIELEGALNEJ REKONSTRUKCJI
A gdy cię boli serce nie ma gdzie się zgłosić po instrukcje

www.fakty 20 maja 2009 Kryminalna kronika i ja

Z JEŹDŹCEM DO ROWU WPADŁ SPŁOSZONY KOŃ
W monotonnym hip-hopowym rytmie mi pulsuje skroń
SKRAJNA PRAWICA ZNIEWAŻYŁA SZEFA RADIA I ODMAWIA STAWIENIA SIĘ PRZED SĄD
Chciałbym pogłaskać jeszcze jeden raz twoje piękne długie włosy blond
INTERNISTA Z PROŚCIEJOWA LEDWO TRZYMAŁ W PRACY PION
A jakiś wirus mnie pozbawił znów moich wszystkich ulubionych stron
CZECHY TO JEDEN Z TYCH KRAJÓW W EUROPIE W KTÓRYCH BARDZO NIEBEZPIECZNE SĄ AUTOSTRADY
Jestem słaby bardzo słaby

www.fakty 20 maja 2009 Kryminalna kronika i ja

DLA ZABAWY NAGO DROGĄ BIEGAŁ WIĘC DZIŚ MU GROZI OSKARŻENIE
Tych dwóch lat przeżytych z tobą na nic w świecie nie wymienię
POGRZEB UDUSZONYCH DZIECI Z MAŁEJ WSI
To zdarzenie całą radość życia odebrało mi
JAN TUREK Z CZESKIEJ BLATNICY SŁYNNY PEDOFIL DOSTAŁ PIĘĆ LAT WIĘZIENIA
Że się już do mnie nigdy nie uśmiechniesz to nie do zniesienia
ŚWIAT BEZ MĘŻCZYZN WIESZCZY NAJNOWSZA GENETYKA
Jak można głosić takie straszne wizje nie chce mi się wnikać

www.fakty 20 maja 2009 Kryminalna kronika i ja

NOWORODKA W LESIE ZNALAZŁY POLICYJNE PATROLE
Małego księcia ten od ciebie prezent mam wciąż na stole
NA PRZYSTANKU W BRNIE DZIECI POTRĄCIŁ AUTEM KTOŚ
By żyć powodu nie mam ale żeby umrzeć mam powodów dość
POLICJA OBSTAWIŁA DZISIAJ DROGI BY NA KONIEC DAROWAĆ WSZYSTKIM OSTRZEGAWCZE MRUGANIE
Czy taki sobie głupi utwór musi mieć jakieś przesłanie
WDOWA Z OSTRAWY UMARŁA DZIŚ Z POWODU PNEUMOKOKOWEJ INFEKCJI
Wszystko to do cholery są tylko kaprysy bożej protekcji

www.fakty 20 maja 2009 Kryminalna kronika i ja
 



Zatańcz

 

Zatańcz dziś kochanie, zatańcz dla moich oczu
zatańcz i w me plecy wbij ostry nóż
sukni twej kochanie daj chłód podłogi poczuć
suknia twa kochanie niech spadnie już

Zatańcz tak jak tańczą szamanki wokół ognia
zatańcz jak tańczy na wodzie łódź
tańcz jak plam słonecznych wokół pomarańcz orgia
zatańcz i nasyć mą chuć

Połóż dłoń kochanie, połóż dłoń na me piersi
połóż swą bezwstydną dłoń na mój brzuch
ciało twe kochanie niech splecie się z mym ciałem
ciało twe kochanie wprawić chcę w ruch

Zatańcz tak jak tańczą szamanki wokół ognia
zatańcz jak tańczy na wodzie łódź
tańcz jak plam słonecznych wokół pomarańcz orgia
zatańcz i nasyć mą chuć

Nowy dzień nim wstanie, nim wstanie dzień kochanie
nasyć chuć i żądze naszych dwóch ciał
zatańcz dziś kochanie dla chciwych oczu taniec
zatańcz tak a ja będę ci grał

Zatańcz tak jak tańczą szamanki wokół ognia
zatańcz jak tańczy na wodzie łódź
tańcz jak plam słonecznych wokół pomarańcz orgia
zatańcz i nasyć mą chuć




 

Zbłąkany korab

Nad głową niebo mam
Morze burzy się pode mną
Gdzie płynę nie wiem sam
Brzeg daleko gdzieś
Ciężko utrzymać kurs
I łódź dryfuje w ciemność
Morskie diabły już
Wietrzą moją śmierć

Błąka się korab mój tańczy na grzebieniach fal
A ja nie wiem jak o pomoc wołać mam
Błąka się korab mój a orkany czarne dmą
Nie wstanie ten kto raz zszedł na dno

A grzywy morskich fal
To twoje jasne włosy
Gdy chciałem bić się jak
Śmieszny Scaramouche
Amulet zdobi pierś
I przypomina o tych
Szczęśliwych czasach lecz
One nie powrócą już

Błąka się korab mój tańczy na grzebieniach fal
A ja nie wiem jak o pomoc wołać mam
Błąka się korab mój a orkany czarne dmą
Nie wstanie ten kto raz zszedł na dno

Za gęstą ciemną mgłą
Której końca nie odgadniesz
Tam jest mój nowy dom
I wizja pięknych dni
Łódź kołysze się
Osiądzie zaraz na dnie
Przeżyje tylko ten
Kto ze śmierci umie drwić

Błąka się korab mój tańczy na grzebieniach fal
A ja nie wiem jak o pomoc wołać mam
Błąka się korab mój a orkany czarne dmą
Nie wstanie ten kto raz zszedł na dno
 

 

 

Zmęczenie
 

 

 

Mam już dość
dał mi w kość ten pojedynek z wiatrakami
z siedmiu wilków nie zostało nic
niedźwiedzia starłem w pył
teraz nie mam sił
czas na sen
niech się skończy ten dzień

Twego ognia moc
płonie pod chmurami
dookoła noc
niebo wciąż nad nami
a ja mogę blisko ciebie być

Wtulam się
potem śnię bezpieczny sen w twoich ramionach
już zapadam się w przeszłości mrok
dotyk naszych ciał
odejść cicho dał
w ciemny sen
gdzie początek i sens

Twego ognia moc
płonie pod chmurami
dookoła noc
niebo wciąż nad nami
a ja mogę blisko ciebie być

 

Życie
Jerzy Marek

    


Życie to minowe pole
gdzie pokrzywa rośnie obok róży
cała twoja wiedza zdobyta w szkole
do niczego tu nie służy

Życie to strzelec wyborowy
ale i spudłować mu się zdarzy
statystyką sobie lepiej nie zawracaj głowy
może cię nie zauważy

Życie to nici wrzeciono
o jak łatwo targa się nić
trzy tysiące trzysta dróg do celu wytyczono
a ty tylko jedną możesz iść

Życie to nalot dywanowy
a więc list żelazny sobie kup
i gdy będziesz leżał brudny w rowie rynsztokowym
ciesz się że to nie twój grób
 


piosenkowy blog

archiwum pod lupa-CZ

teksty własne-CZ

tłumaczenia tekstów

polskie

angielskie

niemieckie

włoskie

wegierskie