JAROMIR NOHAVICA

o nim |nowości |koncerty |dyskografia |inna twórczość |kontakt


Tłumaczenia tekstów- POLSKIE
 

LESZEK BERGER

 

pochodzi z tego samego, chyba niezłego rocznika, co Jaromir Nohavica (1953). Urodził się i młodość spędził w Łodzi, mieście, gdzie – podobnie jak w Cieszynie – jeszcze tak niedawno żyli obok siebie Polacy, Niemcy, Żydzi i przedstawiciele jeszcze paru nacji. Sam zresztą też jest niezgorzej wymieszany. Od kilkunastu lat mieszka w Warszawie.

Z zawodu... „sedí pěkně v suchu, bere velký peníze a škrábe se v uchu“. Ma też parę hobbies, takich zupełnie od Sasa do lasa. Należy do nich m.in. piosenka, ale tylko taka z tekstem inteligentnym i wartym wysłuchania.

Okresowo zabawia się przekładami wierszy, a głównie piosenek - czeskich (Karel Kryl, Jaromir Nohavica, Karel Plihal i inni), rosyjskich (Włodzimierz Wysocki i inni) i z paru innych języków.

Z poetów najwyżej ceni Josipa Brodskiego, Zbigniewa Herberta i wczesnego Stanisława Barańczaka, z bardów – wyżej wymienionych plus Jacka Kaczmarskiego i jeszcze paru Polaków, których tu nie wymieni, by przypadkiem nie pominąć któregoś z przyjaciół...

Pisuje też własne teksty do rymu, głównie prześmiewcze (satyra polityczna, słowna pornografia etc) . W zakresie rymowania zdeklarowany amator, ale kryteriów olimpijskich nie spełnia  – parę razy udało mu się wziąć pieniądze również za kawałek rymowanego tekstu. Dopingu nie nadużywa.

Swego czasu usiłowano go nauczyć gry na fortepianie, ale zaczęto zbyt wcześnie i niestety – zdołał się przed tym obronić. Wprawdzie trochę brzdąka na gitarze, ale od czasów studenckich nie pija już dość dużo, by dać się namówić na publiczne śpiewanie.

Jego uzależnienie od piosenek Jaromira Nohavicy datuje się mniej więcej od końcówki ubiegłego stulecia, kiedy to usłyszał go po raz pierwszy w radiowej Trójce, podczas nocnej jazdy samochodem (leciały akurat „Hermankove stesti” i „Na dvore divadla”). W tym przypadku „Nohavicowy kopiec” okazał się bardzo niski -  od tego czasu był na kilkudziesięciu koncertach Jaromira, zarówno w Polsce, jak i w Czechach.

Odgraża się, że jeszcze parę przekładów dokończy, a parę dalszych zacznie. 

 

 

 

 


 

ANIOŁ STRÓŻ


 

 

Twarz zagadkową

ma mój anioł stróż

i nad mą głową

zawsze jest tuż tuż. 

 

I patrzy na kroki me,

bym nie wpadł w mroczną toń,

i w chwile dobre, w chwile złe

nade mną trzyma dłoń.

 

Ten anioł stróż mój…

 

Mój anioł stróż ma

ciężki ze mną los.

Wciąż w locie służba,

a lot nie zawsze wprost.

 

Aż spotkam go na chmurze

i powiem – byłeś zuch!

Bo przy mnie boski urzę-

-dnik pracy miał za dwóch.

 

Ten anioł stróż mój…

 

 

 

CMENTARZE SŁONI


 
 

Spragnionych słoni znam trakt, którym chodzą pić

Trakt od pragnienia tak zryty, że strach nim iść

Na końcu kropli nie znajdziesz już na dnie

Na końcu wiary ci resztka przepadnie

Już wiem, gdzie słonie mają cmentarz

wiem, gdzie leżą kości

wyschnięte na wiór

 

Gdy już słońce grzać nas nie będzie

Gdy już zgaśnie nam swiatło gwiazd

Gdy przez kosmos pogna już w pędzie

każdy z nas

 

Gdy już słońce grzać mnie nie będzie

Gdy już zgaśnie mi światło gwiazd

Chcę przez kosmos gnać z wami w pędzie

z każdym z was, z każdym z was

 

 

CZESKI FOUSEK
 

 

 

Powozem z Wiednia ktoś mnie przywiózł i na brzegu
Wełtawy mnie wyrzucił prosto w zaspę śniegu.
Głodny, zmarznięty - parę gnatów, kłaków funt -
czeski fousek - der tschechische Hund - Hau Hau

Ci, co mnie tam mijali, odwracali głowę,
i tylko stangret jaśniepana się zlitował.
Z kozła mi krzyknął - ty tam młody, jak masz siłę, skacz na wóz!
Więc skoczyłem -za mną został mróz - Hau Hau

W stajni u koni jest cieplutko, choćby na dworze ziąb i śnieg,
za miskę wody i garść kości będę cię, panie hrabio, strzegł
Tropem zwierza przez las idzie brat mój wilk -
a ja tu w samotności - obok drzwi - Hau Hau

Bez imienia, rodowodu i obroży
od ludu z dala, jeszcze dalej od wielmożów
i wiem już, że pan hrabia nie odpowie mi,
choć witając go się staram z wszystkich sił - Hau Hau

A lata lecą, ja wdzięczności odruch ćwiczę
gdy pan lub któraś z panien rzuci mi patyczek
Już i ten stangret zginął gdzieś tam, w okopach pod Verdun
ja do księżyca wyć sam mogę, jeśli chcę... - Hau Hau

A w listopadzie, gdy usłyszę w lesie strzały,
i spadną z nieba do jeziora kaczki białe,
to ja chłód jakiś czuję w swoim sercu psim -
też chciałbym, też chciałbym, ja też bym... - Hau Hau

Za rok czy dwa, gdy już i ja odwalę kitę,
mój grób przykryjcie małym czeskim wełtawitem
Toż człowiekowi bez nagrobka ciężko jest,
a cóż pies, a cóż pies, a cóż pies.

 

 

DŁUGA CIENKA STRUNA

 

 

 

Jak ta długa cienka struna,

która czeka na me palce,

jak ta przemoknięta łuna,

kiedy księżyc w wodzie zastygł.

 

Jak te wraki u nabrzeży,

pokojówce dany drobniak.

Jak ten dzwon na miejskiej wieży,

gdy pod mury wróg nadciąga.

 

Taki smutek siedzi we mnie,

taki w sobie czuję smutek,

gdy fortepian gra niezmiennie

wciąż tę samą ciemną nutę.

 

Tylko takie pieśni umiem.

Tylko takie pieśni umiem.

I tak tylko świat rozumiem.

 

Jak samotny liść na klonie,

choć już jesień na odchodnym.

Jak te już nie twoje dłonie,

dłonie obce, dłonie chłodne.

 

Jak wczorajsze przyrzeczenie,

które dziś już gorzko śmieszy.

Jak kamienne twe milczenie.

Miłość jak zamknięty zeszyt.

 

Jak wbrew woli nałożone

brzemię, które dźwiga piechur.

Jak ten ptak pod nieboskłonem,

ptak, co lżejszy od oddechu.

 

Jak powietrze w płucach pierwsze,

jak ostatnie w oczach światło,

jak milczącej nocy kleszcze

i jak miłość, której brakło.

 

 

Taki smutek czuję we mnie...

 

DOLNA LGOTA

 

 

 

Rozeszło się zaraz z rana po Dolnej Lgocie,

że po polu chodził dziwny pan.

Widzieli go mali chłopcy przez dziurę w płocie,

miał nad głową krąg, a w ręce dzban.

 

Psy szczekały, konie rżały, krowy się bały,

zakołysał się na wietrze stóg.

Stare baby w barwnych chustach rozpowiadały,

że do Dolnej Lgoty przyszedł Bóg.

 

Aż się zbiegli wszyscy ludzie z dali, z bliska,

rozdzwonił się na kościele dzwon,

kłócili się koło stawu, jak dzieciska,

czy to on był, czy też to nie on.

 

Głupi Jasiu i matołku rzekł ktoś komuś,

a do tego jeszcze szczekał pies.

I tak szczęście, że grad pognał ich do domów,

bo do dziś by wrzała cała wieś.

 

W polu żyta świt nas wita, żegna wieczór,

wszystko jedno, co to był za gość.       

Auto jedzie, los się wiedzie, pieśń się wlecze,

jeszcze zwrotkę mam, nim krzykniesz: dość!

 

Jak masz oczy do patrzenia - popatrz bacznie.

Jak masz uszy do słuchania – słysz.

Jak mi wierzysz, to się przyłącz, śpiewać zacznij.

Jak nie wierzysz, lepiej milcz jak mysz.

 

Od tej pory w każdej Lgocie powiadają,

że przez pole żyta przeszedł Bóg.         

W butach mając kłosy żyta poszedł dalej,

by ich wonią wieczór pachnieć mógł.

 

 

 

DZIĘCIOŁ

 

 

 

Wyjrzało słońce i modry dzięcioł po niebie lata,

a tyś tak piękna, jak ta morela w połowie lata.

A tyś tak piękna, jak na zboczu wina krzew,

gdy ziemia z niebem gorącym spotka się.

 

Wstrzymuję dech,  by ci nie zburzyć ,  co ci się śni  ,

pod głową dłoń masz,     poduszkę skradłem ci,

a tyś spokojna, tak jak w jagodach wiatr,

twa pierś się wznosi, jak łódka pośród fal.

 

Wyjrzało słońce i modry dzięcioł krąży po niebie.

Kochana, zbudź się już -  sercu trudno bez ciebie.

A tyś jak lawa, a tyś jak Etny żar,

kiedy się budzi, tchórze uciekną w dal.

Zostanę tylko ja,

zostanę tylko ja …

 

 

 

Dziewczyna Szczęście i młodzieniec Żal
 

 

 

Dziewczyna Szczęście i młodzieniec Żal

w tej samej śpią pościeli, którą wiatr im słał,

w długich koszulach nocnych tulą się do snu

i z jednej miski rano zaspokoją głód.

On chodzi w czarnej szacie,

ona ma biały welon

na miłość w dwóch postaciach,

na smutek, na wesele.

Na małej skrzynki dnie

maleńkie ostu ziarnka

na wieczny mają siew

kochanek i kochanka.

 

Wczoraj dostałem z mantrą szczęścia list,

w łańcuszek ktoś mnie włączył.

Dróg gładkich i szerokich życzył mi,

list się instrukcją kończył,

że jeśli zaraz wyślę go

do smutnych osób sześciu,

to przezwyciężę świata zło

i przyjdzie samo szczęście.

W maszynę wkręcam więc

papiery z kalką razem

by ktoś, kto smutny jest

otrzymał radość w darze.

 

Dziewczyna Szczęście i młodzieniec Żal

czytali mi przez ramię, myśląc – istny bal

i śmiali się, żem głupek, żem uwierzyć mógł

tak, jakbym jeszcze nie znał życia krętych dróg.

Potem kochali się,

kochali z całej mocy,

konwenans mieli gdzieś,

wleźli pod jeden kocyk.

On szeptał cicho coś,

ona wzdychała na głos,

a ja pisałem wciąż,

aż mi papieru brakło.

 

Dziewczyna Szczęście i młodzieniec Żal

w tej samej śpią pościeli, którą wiatr im słał,

w długich koszulach nocnych tulą się do snu

i z jednej miski rano zaspokoją głód.

Pan młody, Panna młoda,

a my ich świadków grono.

Pogoda, niepogoda,

co komu przeznaczono.

Z kościelnej nawy brzmi

andante pastorale,

dziewczyna, chłopak i

po prostu – i tak dalej …

 

 

DZIKIE KONIE
 

 
Przekład Tolka Murackiego >>>
Przekład Renaty Putzlacher >>>
 

 

Widziałem dzikie konie

biegnące poprzez noc.

Zmrok duszny był i woń tytoniu

biła w nos.

 

Bez uzdy biegły i bez siodła

krainą gór i wód.

Czort wie jaka je tęsknota wiodła,

jaki głód ?

 

Czy to nad przestrzenią przestrzeń,

czy ku wieczności cwał.

Głodzie nasz, ty też nie odchodź jeszcze

z naszych ciał.

 

Słodki zapach klaczy w nozdrza wchłaniać

i od jeziora chłód.

Pieśń wieczorną śpiewać miłowania

wieczny głód.

 

Kępy traw pokornie schylcie głowy,

tak jak przed królem dwór.

Na zbójnickie karki już gotowy

czeka sznur.

 

Tak jak dziki koń chciałbym pobiec,

pobiec przed siebie w świat.

A handlarzom koni pyski obić

byłbym rad.

 

Widziałem dzikie konie …

 

 

 

FOKI
dedykowana dzieciom

 

 

 

człap, człap, człap, człap...

 

Raz postanowiła pewna rodzina fok,

żeby sobie zrobić wspólny do kina skok.

Łodzią, ciuchcią i tramwajem przystanków sto,

od przystanku też się jeszcze kawał szło.

Focze zaskórniaki wyjęli z kont

i zajęli w kinie cały pierwszy rząd.

Tata fok chciał pokazać, że nie jest gbur

i każdemu kupił spory fistaszków wór.

 

człap, człap, człap, człap...

 

Na biegunie taki ziąb, że marznie rtęć,

więc co nieco się odprężyć mieli chęć.

Na komedię się cieszyli, a tu szok,

kiedy w sali zabrzmiał gong i zapadł mrok,

bo cóż widzi przed oczyma foczy ród,

na ekranie straszna zamieć, śnieg i lód,

bo zmienili program, by w kinie był tłok

i puścili przyrodniczy film „Z życia fok”.

 

człap, człap, człap, człap...

 

Tata fok się z krzesła zerwał w mig

i na całe kino podniósł straszny krzyk.

To ja po to się tu tłukłem przez cały świat

żeby teraz w kinie marznąć jak kurzy gnat,

w domu zima, w drodze zima i tu też ziąb,

bo repertuar poprzestawiał jakiś głąb.

Nie ma co się dziwić tej familii fok,

że rzucali fistaszkami po kinie w krąg.

 

człap, człap, człap, człap...

 

Od tej pory, choćbyś na to czekał przez rok,

już nie uda ci się spotkać w kinie fok.

 

człap, człap...

 

 

FUTBOL

 

 

 

Niedziela w Ostrawie,

mecz na Baniku.

Browarek zaprawię,

drugi też zmieszczę.

Nie gap się, frajerze,

i nie ryzykuj,

bo jak się zajeżę,

to się nie pieszczę.

 

Patrzymy na stojaka.

Ostrawa, gramy!
Zaraz tu będzie draka,

pchają się chamy!
Jak chcą tu robić swąd,

wezmą po paszczach.
Hurra, niech żyje sport,

 a futbol zwłaszcza.

 

Na rogi zero trzy,

wciąż nul do nula.

Po nogach jechać im,

tak się gra w lidze.

Miałem dziś być w robocie,

pograłem w ciula.

Ty się tak nie kręć, młocie,

bo nic nie widzę.

 

Zielona trawa jest,

hej, kalosz, załóż bryle.

Ostrawa, dalej, fest!

Jak nie, to zwrot za bilet!

Cisnę się jak ten szprot,

przyszło pół miasta.

Wiwat, niech żyje sport,

a futbol zwłaszcza.

 

Banik wciąż gniecie,

Ostrawa mistrzem,

a Praga kmiecie,

chromolić Spartę.

Zrobić im obciach,

jechać im w piszczel,

ciąć ich po kościach,

pięć żółtych kartek.

 

Stoimy, straszny ścisk,

taki kibola los.

Karny za czysty wślizg?

Sędziemu rozbić nos!

Samochód już ma, czort,

na czterech kapciach.

Hurra, niech żyje sport,

a futbol zwłaszcza.

 

Ty wszarzu lepiej milcz,

 no ty, w tym anoraku.

O piłce tyle wisz,

 co koza o kajaku.

Stul mordę, patafianie,

 a moja rada:

jak nie chcesz dostać w banię,

 na drzewo spadaj.

 

Po meczu gra przy barze,

 kto umie i ma chęć,

rozgrywa się baraże

na rumy zero – pięć.

Dogrywka prima sort.

Dostaną w dupę.

Hurra niech żyje sport.

Futbol jest super!
 

 

 

Idą po mnie, idą

 

   


Pusto w kieszeni miałem nie raz
Spałem na ziemi twardej jak głaz
Aż kiedyś w lecie wzięła mnie złość
Życia na diecie miałem już dość

Gdy świat tak chytry, że nie chce dać sam
Chwyciłem wytrych i dalej! Na włam
Złotko mieć słodko – dolar czy frank
I tak powstał podkop do National Bank

A pościg gna, gna, gna
Już z gończych listów każdy mnie zna
Tropią mnie wściekle, jak gończe psy
A ciemniej niż w piekle jest w celach Sing Sing, je,je.

Do stanu Iowa nawiałem stąd
Biedniutka wdowa dała mi kąt
Ech, była śliczna, a ja miałem łup
Miłość liryczna, no mówię wam – miód

Pół roku potem rzekła mi : dość!
Stopniało złoto – rosła jej złość
Manatki pakuj i spadaj gdzie chcesz
Więc znów na szlaku i biedny jak wesz.

A pościg gna, gna, gna
Już z gończych listów każdy mnie zna
Tropią mnie wściekle, jak gończe psy
A ciemniej niż w piekle jest w celach Sing Sing, je,je.

Dzisiaj w Nebrasce świetnie się mam
Faja w odstawce i stronię od dam
Łapią na wdzięki i obiad z trzech dań
Chcą bym jadł z ręki i płaczą żem drań

A pościg gna, gna, gna
Każda w sypialni mą fotkę ma
Jak dam się zdybać, oj! jasny gwint!
Lepiej już chyba jest w celi w Sing Sing

 

 

JA TO WCIĄŻ PAMIĘTAM

 

 
Przekład Tolka Murackiego >>>


Chciałem zadzwonić i powiedzieć ci dziś z rana
że tylko ty mi na tym świecie już zostałaś, ukochana
zapewnić cię po prostu o miłości mojej
ale się boję, po prostu boję

W słuchawce słychać, że tam obcy ktoś oddycha
że wielkie ucho mi się w moje życie wpycha
ja nie wiem, kto tam z drugiej strony się po cichu ze mnie śmieje
Kochana, źle jest, po prostu źle jest

Jak mam być z tobą, z tobą jedynie
gdy pod pierzynę, czy chcę czy nie, ryj mi wtrynią wścibskie świnie
i obszczymury wciskają bzdury
z grubej rury, że ze skóry chcą wyjść dla mnie i kultury

Ja już dziękuję, o Big Brotherze
co tam na górze w gabinecie wszystko widzisz w komputerze
Ja już dziękuję, o Big Brotherze
nie myśl, że da się zatrzeć wapnem każdą dziurę po kamerze

To już tu było
z tobą i bez ciebie
ja już coś o tym wiem
zasrane STB
a ja to wciąż pamiętam
tę grozę wciąż pamiętam
te noce wciąż pamiętam
te ranki wciąż pamiętam
zakazy wciąż pamiętam
wykazy wciąż pamiętam
tych ludzi wciąż pamiętam
i siebie wciąż pamiętam
i tchórzy wciąż pamiętam
odważnych wciąż pamiętam
milczących wciąż pamiętam
i ciebie też pamiętam
kochana, wciąż pamiętam

W gazetach się przyglądam własnej podobiźnie
zrodzony w komunizmie, umrę w komunizmie
czambuł czetników z maczetami czujnie czyta czeskie czaty
znów jak przed laty, znam te klimaty

Ludzie się cieszą, że ta prawda jest tak prosta
i dobrze mu tak, on tam wie już, za co dostał
a wśród tej zgrai łotrów, co im pora rzec „wynocha“
Vica noha, niejaki Vica noha

Jak mam być z tobą…

Ja już dziękuję …

To już tu było
choć wtedy z innych rąk
to wszystko wraca
już zatoczyło krąg
to wszystko znów jest tutaj
ta groza znów jest tutaj
te noce znów są tutaj
te ranki znów są tutaj
zakazy znów są tutaj
wykazy znów są tutaj
ci ludzie znów są tutaj
ja też znów jestem tutaj
i tchórze znów są tutaj
ci czyści znów są tutaj
milczący znów są tutaj
ty jesteś stale tutaj
kochana, stale tutaj

Zrobimy z ciebie degenerata
tatata....
zrobimy z ciebie to, co z samych siebie
bebebe...
zrobimy z ciebie na sznurku pajaca
i nie mów, że się nie da, dla nas to codzienna praca
zrobimy z ciebie świętego Dalajlamę
Vaclava Havla albo jego Pierwszą Damę
zrobimy z ciebie głupka i barana
anioła w bieli i w czerni szatana
zrobimy z ciebie Špagetkę i Štaflika
zrobimy z ciebie znów alkoholika
zrobimy z ciebie Jožina z Bažin
w skorupie z błota bardzo będzie ci do twarzy
zrobimy z ciebie Rodzinę Simpsonów
żebyś się tu wreszcie poczuł jak w domu
przybijemy cię gwoździem tak jak kota do drzwi
tititi tititi tititi !
 

 

 

JEZUSEK

 

 
Przekład Tolka Murackiego >>>
 


Leję wodę do czajnika, włączam gaz
i zmieloną kawę sypię do kubeczka,
puszczam płytę trójkę Queen jeszcze raz,
a na choince już się jasno pali świeczka.

Czarny cień po ścianach skacze, robi kpiny,
nie dasz rady złapać cienia,
lecz nie czas dziś na zmartwienia.
Te kolędy to prawdziwe evergreeny,
a ty co, mój Jezusku, jeszcze śpisz?

Cały świat ufnie czeka na Boski znak,
a On na razie lata gdzieś po Mlecznej Drodze.
Święty Mikołaj na nocny wyszedł szlak,
przedtem zamienił się na ciuchy z Dziadkiem Mrozem.

Czarny cień…

Świeżych konopi czuję woń, pełny luz,
z zamrażalnika wyjmę karpia jak sopelek,
nim on odtaje, ja z balkonu z całych płuc
dobrą nowiną świat spowity w mrok obdzielę:

Czarny cień…
 

 

 

KOMETA

 

 

 

Widziałem kometę,

po niebie frunęła.

Chciałem jej zaśpiewać,

ona mi zniknęła.

 

Zniknęła jak łania

pod lasem w oparach.

Mnie w oczach została

złotych monet para.

 

Monety ukryłem

pod ziemią przy dębie.

Gdy znowu przyleci,

nas już tu nie będzie.

 

Nas już tu nie będzie,

ach pycho chełpliwa.

Ujrzałem kometę,

chciałem jej zaśpiewać.

 

O wodzie, o lesie,

o trawie,

o naszej ze śmiercią

rozprawie,

miłości i zdradzie,

i świecie,

i ludziach, co żyli

na tej tu planecie.

 

Na niebie gwiazd dworzec

- wagonów stukoty.

Pan Kepler opisał

ich ruch i obroty.

 

Okiem swej lunety

w kosmicznej przestrzeni

odnalazł sekrety,

co w lędźwiach niesiemy. 

 

Odwieczne i wielkie

tajniki przyrody,

że tylko z człowieka

człowiek się narodzi.

 

Krew naszych nadziei

szybuje przestworzem,

że w pniu się odnajdą

i gałąź, i korzeń…   

 

Ujrzałem kometę,

jak relief rzeźbioną

przez mistrza, co dawno

żywota dokonał.

 

By dotknąć jej dłonią,

sięgałem w dal czarną,

dostrzegłem jedynie

swą małość i marność.

 

Jak posąg Dawida,

wykuty w marmurze,

stałem i szukałem,

szukałem jej w górze.

 

Gdy znowu przyleci,

ach pycho chełpliwa,

nas już tu nie będzie

lecz inny jej zaśpiewa.

 

O wodzie, o lesie,

o trawie,

o naszej ze śmiercią

rozprawie,

miłości i zdradzie,

i świecie.

To będzie piosenka

o nas i komecie.

 

 

 

LISTY BEZ PODPISU

 

 


Niepodpisane listy:
krój pisma - zniekształcony
sens - zawsze nienawistny
pół tekstu – podkreślone

Jak salwa z ostrej broni,
z ukrycia znów oddana.
Ja nie mam jak się bronić -
trafili mnie w kolana.

Krzewy agrestu miałem tuż przed domem,
w nocy zniszczyli mi je jacyś goście.
A ja czekałem właśnie na znajomych,
i zostawiłem wszystkie drzwi na oścież.

Ktoś mi po duszy depcze,
ma zabłocone buty
i zasiał mi we wnętrze
piołunu szczep zatruty.

Pozbawić prywatności,
poufne dane sprawdzić -
ech, bezimienna złości
ty bolisz jeszcze bardziej....

A ja żaluzje przecież zdjąłem w oknie,
bez czapki chodzę zimą jak i w deszczu,
póki mnie kiedyś jakiś grom nie kropnie
lub póki mnie wariatem nie obwieszczą

Nie stójcie tak plecami,
ja chcę was widzieć z przodu!
Tak jak się znam z kumplami,
tak jak się znam z kumplami,
chcę znać też swoich wrogów...

Niech każdy twarz pokaże
nie plecy, jak zazwyczaj.
Tak, jak znam kumpli twarze,
tak, jak znam kumpli twarze
chcę wrogów znać z oblicza...

 

 

 

MAM TYLKO TĘ BLIZNĘ


 
Przekład Tolka Murackiego >>>


Jestem dość stary, żeby rewolucję mieć za bzdurę,
i moją dużą głowę trudno mi skryć pod kapturem.
Gdy mijam bar z fastfoodem, to nie przełykam śliny,
i z domu nie wychodzę bez fiolki ventoliny.
Przejść przez igielne ucho nie uda mi się chyba.
Przez las tak pędzę, żeby wilk żaden mnie nie zdybał.
A gdyby mnie spytał ktoś, co mi mój anioł dał...
- tę tylko bliznę mam, bo przy mnie stał.

Na klapach popiół mam, a na krawacie sadzę.
Palce mam grube, z supłem sobie nie poradzę.
Gdy mi na płacz się zbierze, to szybko łzy połykam.
Nie tańczę w szybszym tempie, niż mi gra muzyka.
Niejedno już widziałem i niejedno w rękach miałem.
W sercu wstyd czułem, kiedy trąbili mi na chwałę.
A gdyby mnie spytał ktoś, co mi mój anioł dał...
- tę tylko bliznę mam, bo przy mnie stał.

Poznałem prezydentów, przeżyłem różne plagi.
Nagi na świat przyszedłem i odejdę z niego nagi.
Gdy lat piętnaście miałem, zobaczyłem ruskie tanki.
Na swe półwiecze byłem po wróżbę u Cyganki.
A zanim święty Piotr mnie zawezwie na egzamin,
pokłonić chcę się jeszcze przed czeskimi poetami.
A gdyby mnie spytał ktoś, co mi mój anioł dał...
- tę tylko bliznę mam, bo przy mnie stał.

W Paryżu w ruskiej wersji l’Humanité czytałem,
a z Biblii już chwytam słowa, lecz zdania wciąż niecałe.
W New Yorku miałem zajad od łyżek plastikowych,
a i tak najlepszą kawę parzą u nas w Hypernovej.
Czasem nie licytuję, choć mam cztery asy w dłoni,
a chciałbym, żeby Banik dokopał Barcelonie.
A gdyby mnie spytał ktoś, co mi mój anioł dał...
- tę tylko bliznę mam, bo przy mnie stał.

Niektórzy ludzie mają osobliwe dość pragnienia,
a ja cię kocham miła, to jedno się nie zmienia,
gdy do rondelka wrzucasz prawdziwki i warzywa,
albo gdy jak batutą swym palcem na mnie kiwasz.
I choć w dwie różne strony też nas poniesie czasem,
o rzeczach złych zapomnę przez rzeczy dobrych masę.
A gdyby mnie spytał ktoś, co mi mój anioł dał...
- tę tylko bliznę mam, bo przy mnie stał.
 

 

 

 

MARZENKA
 

    Przekład Renaty Putzlacher >>>

 

Nie płacz Marzenko, czekaj na mnie,

podtrzyma cię w marszu moje ramię.

Przez gąszcz pójdziemy, przez ciernie,

przy swojej Marzence wytrwam wiernie.

 

Ja tylko w koszuli, a ty w swetrze,

sami musimy ten szlak przetrzeć.

Błyskają dwie gwiazdy wśród nocy,

zostawił nas Pan Bóg bez pomocy.

 

Łatwo nam nie będzie, idzie mróz,

swe dłonie zziębnięte w moich złóż.

Nie wiemy sami, co czeka nas,

a wokół noc, zima, mgła i las.

 

Ptaki odleciały, odbiła łódź,

ty, coś jest bez winy, kamieniem rzuć.

Prawda i dobro to przeszły czas.

Kto spojrzy za siebie, zmieni się w głaz.

 

Ja tobie pisany, a ty mnie,

wrócić nam nie wolno, choć tu źle.

Nie pytaj, bo po co - las milczy,

za drzewem dwie pary oczu wilczych.

 

Dwa wilki głodne i spragnione,

anioły z niebiosów strącone,

milczą i ślina im cieknie z paszcz,

a u mnie jednego miłość masz.

 

Nie masz nikogo prócz mnie wcale,

z trawy ci ogienek rozpalę,

a gdy się uniesie dymu chmurka,

ja będę Żwirek, ty Muchomórka.

 

Na drzewo się wdrapię wysoko,

drogę nam oświetli Luny oko,

przez bagna, wąwozy, przez jamy

pójdziemy, a los nasz wraz z nami.
 

 

 

MIŁOŚĆ JEST JAK MŁYNEK

 

 

Miłość jest jak w kuchni młynek
wszystko zmiele w miał
sięga ciepło od wspominek
aż w głąb naszych ciał

Czarny kruk tkał twoje włosy
moje pszczeli dech
ty to górski potok rwący
a ja cichy brzeg

Wiele nas różni, bo
woda iść lubi w parze z ogniem
a gdy nas czasem coś wkurzy, to
nie bądź łoś - i raz-dwa sobie wspomnij
Wiele nas różni, bo
woda iść lubi w parze z ogniem
a gdy nas czasem coś wkurzy, to
nie bądź łoś - i tylko wspomnij

Jak nas całymi tygodniami
budził dopiero hejnał z radia
Jak kląłem, że od dań twej mamy
chętniej truciznę byłbym zjadł ja
Jak ze mną w kości przegrywałaś
milionów tyle, że aż strach
Jak uratować pszczołę chciałaś
a ta cię nagle w palec - ciach!

Dali ci uczyć cudze dzieci
a mnie łopatę w dłoń
ty w domu jesteś wpół do trzeciej
ja później dotrę doń

Jak się przed woźnym w akademiku
za zasłonami / do twojej szafy musiałem kryć,
jak raz mnie znalazł, narobił krzyku:
"Pan Nohavica, jak pragnę żyć!"
Jak mieliśmy genialny patent
jak rozbić bank w salonie gier
i jak szyliśmy z płótna w kwiaty
te odjechane czapki dwie

Jak się żarliśmy bez przyczyny
a potem o to, z czyjej winy,
a jeszcze później, też zażarcie
o co właściwie było starcie
i kładliśmy się i wstawali
i spali ale i nie spali
i tulili się i śmiali
ręka w rękę, obok siebie

 

 

 

MYSZKA MIKI 


   
Przekład Tolka Murackiego >>>
Przekład Renaty Putzlacher >>>

 

Rankiem mnie budzi brzask, więc się za przegub chwycę,

czy wciąż mam fart i jeszcze pcha serce krew w tętnice,

a może już jest po mnie, trumienny mam garnitur.

Czy tak czy siak co rano przebudzenie do niebytu.

 

Nie ma co, nie ma jak, nie ma z kim, nie ma po co,

każdy jest w sobie sam i z siebie wyjść nie sposób.

Wnet chudy Don Kiszot na szkapie ruszy w nicość,

a Bóg to ślepy szofer, co siadł za kierownicą.

 

Telefon włączyć strach - to cudzych uczuć szpicel,

złe wieści jak policja stukają w drzwi o świcie.

Pół we śnie, pół na jawie próbuję zewrzeć szyki,

uśmiechnąłbym się, lecz mam uśmiech Myszki Miki.

 

Ranki bym zniszczył.

 

W radiu gra Chick Corea, za oknem gaśnie neon -

wesoło jest doprawdy, całkiem jak w mauzoleum.

Ta mumia w nim to ja, mam podkrążone oczy,

różowy blask poranka już mnie nie zauroczy.

 

Ty mówisz do mnie coś, próbujesz czas zawracać,

choć stygną już pomału nasze dołki w materacach.

W szarość mieszają się wyznania win nie w porę,

gdy między nami przepaść wyrąbał drwal toporem.

 

Dwa łóżka rozdzielone, dwa suwerenne kraje

i z ozdób na tapetach nasz mur berliński staje.

W sen zapaść jak najprędzej, w tę nieświadomość błogą,

że była we mnie miłość, jest tylko pusta wrogość.

 

Mury bym zniszczył.

 

Świt to przeklęty czas, minuty, chwilki małe,

gdy rzeczy nie są czarne, lecz nie są również białe.

Gdy dnia i nocy splot, gdy światła brak, i cienia,

czuwanie jest cierpieniem bez błogiego znieczulenia.

 

Puls znów oszalał i w pachwinie czuję bóle.

Usnąć, nie budzić się, bezmyślnie i nieczule.

Skulony słucham twych słów przeplatanych szlochem.

Na życie jest za późno, na śmierć za wcześnie trochę.

 

Co było, a już nie jest, to się nie pisze w rejestr.

Kawa wypita, świeżej z pustego nie nalejesz.

Czego uniknąć chcesz, to ci się właśnie stanie,

a chleb ląduje zawsze stroną z masłem na dywanie.

 

Masło bym zniszczył.

 

Mówisz o szansach znów, sieć słów mnie tak oplata,

jak szpiegowskie satelity, co krążą wokół świata.

Piżamy zdjąć - no cóż, to byłby plan zbyt prosty.

Gadałem tyle lat, aż spłonęły wszystkie mosty.

 

W ustępie plakat mam, a na nim tłustą świnię -

wiruje z szumem to, co za chwilę z wodą spłynie.

Rzekł każdy, co miał rzec, i poszło to do ścieku,

a ja już tylko chcę swojego dożyć wieku.

 

Znów macam dłonią puls, za oknem wstaje dzionek

i na „dzień dobry” brzęczy budzika głośny dzwonek.

Pół we śnie, pół na jawie próbuję zewrzeć szyki.

Uśmiechnąłbym się, lecz mam uśmiech Myszki Miki.

 

Miłość bym zniszczył.

 

Rankiem mnie budzi brzask, więc się za przegub chwycę,

czy wciąż mam fart i jeszcze pcha serce krew w tętnice,

a może już jest po mnie, trumienny mam garnitur.

Czy tak czy siak - co rano - przebudzenie do niebytu.

 

 

 

ON SIĘ POWIESIŁ


 

Dostałem pocztą list,
a w nim trzy słowa.
Sam papier biały był,
a czcionka granatowa,
a jeśli sądzić po tym,
do czego list mnie wzywa,
napisać go musiała
osoba sprawiedliwa:
Idź i powieś się !

Więc nie wiem tylko,
na szelkach czy na sznurze.
Tu idzie o Was fanów,
Wam przede wszystkim służę.
Na rynku czy w ogródku,
tak jak wybierzecie,
wieść się rozejdzie migiem
onlajn w internecie:
On powiesił się!

I wnet na nocnym czacie
rozmaite nicki
prowadzić będą o tym
długie polemiki,
dlaczego to się stało
właśnie tego lata.
A mnie, wybaczcie, mili,
mnie już to będzie latać.
Powiesiłem się.

A ten, co mnie odetnie,
będzie figura
i będzie mógł wziąć sobie
pięć centymetrów sznura.
Darmowych minut sto
sponsorzy mu dołożą,
a przede wszyskim zyska
samopoczucie wporzo.
On powiesił się !

Pod dobrym kątem fotki
mi róbcie, paparazzi,
tę malowaną skrzynię
też pstryknąć się opłaci,
i forsę rozsypaną,
twarz zapłakanej wdowy,
nekrolog mi napisze
ktoś z Lidovych Novin.
On się powiesił nam !

On powiesił się.
Ktoś uroni łzę,
w kimś to wzbudzi lęk,
a komuś zrobi radość.
On powiesił się.
Ktoś uroni łzę
w kimś to wzbudzi lęk
...a dość !
 

 

 

 

PASTERZ KRÓW
 

 

 

Gdy byłem mały, mówiła mi rodzina:

ucz się pilnie, wiedza jest jak witamina,

a gdy już dorośniesz, będziesz doktorem praw.

Taki prawnik w biurze ciepło ma  i sucho,

wielką forsę bierze i drapie się w ucho.

Usłyszeli na to, że ja chcę krowy paść.

 

Ja chcę mieć czapkę, taką z pomponikiem,

kasztany jeść i myć się w cebrzyku,

od rana przez cały dzień

mieć czas na śpiew

i nucić tak: pam pam pam...

 

Książek sto na gwiazdkę dawali mi

lecz co ja chciałem wiedzieć, nie napisał nikt.

Wyczytać nie szło z nich, jak trzeba paść krowy.

Pytałem starszych, pytałem się wkoło,

każdy na mnie patrzył i pukał się w czoło,

pytał się mnie z troską, czy ja czuję się zdrowy.

 

Dziś jestem starszy i wiem już, co wiem.

Mało rzeczy muszę, a wielu już nie. 

A gdy jest mi smutno, legnę w trawie nad rowem

nogi na krzyż kładę, a ręce pod głowę

i patrzę tak do góry, na niebo granatowe,

gdzie wśród chmur się gonią moje pstrokate krowy.

 

Ja chcę mieć czapkę, taką z pomponikiem,

kasztany jeść i myć się w cebrzyku,

od rana przez cały dzień

mieć czas na śpiew

i nucić tak: pam pam pam...

 

 

 

PLEBS BLUES


 

Przekład Tolka Murackiego >>>

 

 

To jest mój plebs blues, plebs blues, plebs blues...

 

Gdy pierwszy raz spojrzałem na piramid kliny

przekląłem faraonów, tańczył z nimi pies,

Cheopsy i Ramzesy, zimne sukinsyny,

ja - jeden wśród miliardów, co to muszą wznieść.

Im się zamarzy taki sfinks z piaskowca,

by się w historię jak najgłębiej wryć,

a ja te śrubki wkręcam w kadłub odrzutowca,

bo gdybym nie chciał, to mi dadzą w rzyć.

 

To jest mój plebs blues, plebs blues, plebs blues...

 

Za kromkę chleba, kilo jabłek czy cebuli,

ja – pośmiewisko dziejów, bezimienny kurz,

mniej niż pies Dorna czy koń Kaliguli,

negatyw dziejów, po użyciu zbędny już.

Czy w demokracji, czy to z rąk tyrana,

co łeb podniosłem, zaraz brałem w łeb,  

przestaję wierzyć w moc Chrystusa Pana

i że w ogóle jakiś Chrystus był lub jest.

 

To jest mój plebs blues, plebs blues, plebs blues...

 

Piszą w gazetach, żem kręgosłup świata ,

na co dzień czuję tylko skurcze mięśni nóg,

na Księżyc co pół roku już rakieta lata,

a ja po ziemi pełzam, jak gnojarek żuk.

Ja przecież też mam serce, serce, które stuka, 

ja głupi robol, cham, prymityw, prostak, cieć,

dlaczego mnie nikt na tym świecie nie wysłucha,

czy wy myślicie, że wystarczy dać mi żreć?

 

To jest mój plebs blues, plebs blues, plebs blues...

 

Nie wierzę w drętwą mowę, wierzę tylko w siebie,

bo nikt mi nie da, czego ja nie wyrwę sam,

wciąż mi tu obiecują rajskie życie w niebie,

a ja tu jestem, i chcę tutaj żyć, nie tam.

Ja jestem tylko człowiek w wielkiej ludzi kupie,

nie żadne kółko, nie maszyny waszej tryb,

ja nie chcę wznosić dla was tych piramid głupich,

dajcie mi spokój i na pukiel skoczcie mi.

 

I to mój plebs blues, plebs blues, plebs blues...

 

 

 

PŁONĘ 
 

    Przekład Renaty Putzlacher >>>

 

Kładę ręce na twej piersi,

która jaśniej w mroku świeci,

księżyc gładzi twoją skroń.

Twoje ciało już mnie chwyta,

tak jak rybak rybę w sieci,

jak otwarta dłoń.

 

Płonę…

 

Moje udo przy twym udzie

teraz wolno wchodzę w ciebie

w twoich oczach księżyc lśni.

Na mych lędźwiach ciężar czuję,

jakby na pogańskim niebie

walczył Perun i Żmij.

 

Płonę…

 

Zwarci niczym mgła na szybie

pędzącego przez noc wozu,

jak kropka w kropce.

Skrzydła sów trącają gałąź,

a mężczyzna traci rozum,

staje się chłopcem.

 

Płonę…

 

 

 

PÓKI SIĘ ŚPIEWA 
 

 
Przekład Tolka Murackiego >>>
Przekład Renaty Putzlacher >>>
 

 

Z Cieszyna co kwadrans pociąg odjeżdża w dal,

od wczoraj nie śpię i dzisiaj też nie będę spał.

Medard - mój patron – już myśli, że fioła mam,

lecz póki śpiewam, to wciąż jeszcze żyję, wciąż trwam.

 

W kiosku kanapkę i czipsy kupuję jak gość,

serce mam by kochać, a w głowie piosenek dość,

ze szkoły dobrze wiem, co, gdzie i jak robić mam,

lecz póki śpiewam, to wciąż jeszcze żyję, wciąż trwam.

 

W albumie bilet przykleję jeszcze i ten,

wyjeżdżam zaraz, a gdzie kres podróży – kto wie.

Za oknem życie mozaiką się mieni i gra,

lecz póki śpiewam, to wciąż jeszcze żyję, wciąż trwam.

 

Nieraz przepłacę, na durnia też wyjdę nie raz,

życie to szuler, co ograć potrafi do cna.

Sępy się zlecą, gdy tylko opuści mnie fart,

lecz póki śpiewam, to wciąż jeszcze żyję, wciąż trwam.

 

Z Cieszyna jadą pociągi – gdzie świata kres,

biorę telefon i pytam – czy ktoś tam jest?

Z dali przychodzi odpowiedź, którą już znam:

że póki śpiewam, to wciąż jeszcze żyję, wciąż trwam.

 

 

 

 

RUGBY

 

  


Uciekam, a pod pachą piłkę mam jak jajo,
to (chyba) jakieś żarty.
Napakowane świry już w ślad za mną gnają,
jak na sterydach charty.

Najwięksi dwaj drągale
lecą w morderczym szale,
drąc się: Ja z nóg cię zwalę
podrę ci dres!
Gonią mnie te dwa draby,
już oddech mam za słaby,
zaraz im wpadnę w graby -
bliski mój kres!

Na łbie guz
i ząb wyplułem z ust,
zabawa jest urocza
przedwczesnej śmierci widmo w oczach,
Miś Killer oraz Krwawy Bill
dorwą mnie już za parę chwil, oh yes

Ma luba o skórze
wspaniałej jak róże
z Orientu,
rzekła mi: "chcę męża,
co wszystkich zwycięża"
(więc) nie ma wykrętów

Padam o metr od linii.
Metr, a różnicę czyni,
więc kibic już się ślini,
podnosi krzyk!
Żyleta oraz loże
życzą mi jak najgorzej
liczą że się położę
i skonam w mig!
Ech miła
tyś to zawiniła
więc szykuj (proszę) kule
bo tępej sile muszę ulec
Killer Miś oraz Krwawy Bill
dorwą mnie już za parę chwil, oh yes

Kto lubi drażnić Boga,
ko szuka guza, czyli
kto się wychyli,
musi mieć szybkość w nogach
lub w głowie dużo sprytu -
najlepiej - i tu, i tu.

Sto metrów ma boisko
do bramki niby blisko
choć przyjdzie czas na wszystko
lecz dziś już nie!
Sto kilo żywej masy
masz Bill, lecz przyjdą czasy
że to ja na kiełbasy
przerobię cię!

 

 

 

STARE DOBRE CZASY


  

 

Wczoraj mi powiedziała panna Ziuta,

że mnie skład złomu czeka oraz huta,

że już mam wszystkie śrubki rdzą przeżarte

i nie mówiła tego wcale żartem.

Już jestem wysłużonym weteranem,

budyniem dawno z miski wylizanym,

okazem dawno już wymarłej rasy,

ech gdzie są te czasy.

                   

Człowiek miał pusty brzuch, lecz wiarę w duszy,

od krótkich fal miał odgniecione uszy,

odsypiał kaca w poniedziałek przemysł,

co szył ubranka w paski dla ekstremy,

za grosze były wiśnie i melony,

a Słowak to był wtedy jeszcze brat rodzony.

Kto chciał ci dopiec, to cię przezwał Wasyl,

ech gdzie są te czasy.

 

Muzykę grywaliśmy podejrzaną, 

panny do domu szły dopiero rano.

Kto nie wziął pałą choćby raz po głowie,

ten jeszcze nie był pełnoprawny człowiek.

Pod hasłem „Lepsze jutro dla narodu”

komunizm podgryzaliśmy od spodu.

My uczestnicy dysydenckiej klasy,

ech gdzie są te czasy.

 

Havlovi do więzienia w tajemnicy

podawaliśmy żarcie przez klawiszy.

Między jajami sprytnie był ukryty

pilnik, a czasem libri prohibiti.

Spółdzielcy na wsi dbali o inwentarz,

bowiem społeczna własność była święta,

podobnie inne pracujące masy,

ech gdzie są te czasy

 

Pieśni-śmy pod koszulą przemycali 

i na Namesti stał towarzysz Stalin,

a ruski niedźwiedź, choć mu sierść liniała,

jastrzębiom w USA pokazywał wała.

i Pravo ciągle jeszcze było Rude,

jechać na Zachód graniczyło z cudem,

a dziś nie pyta nikt o Reisepassy,

ech gdzie są te czasy.

 

Prezydent na Hradczanach szkodził mało,

a słowo komunista dumnie brzmiało,

poeci traktorzystów opiewali

i wielkie dzieła tworzył socrealizm.

Mieliśmy jedną partię, trzy gazety,

policja była ważna że o rety,

na sam ich widok człowiek zbaczał z trasy,

ech gdzie są te czasy.

 

Armia nas czujnie strzegła od zamętu

i dyscyplina była wśród studentów,

za trzysta koron było kilo mięska

i prawda była jedna i zwycięska.

A teraz w tej kretyńskiej demokracji

kto wie, kto rację ma, kto nie ma racji.

Co mi zostało z dawnej życia krasy

to śpiewać: ech gdzie są te czasy,

stare dobre czasy…
 

 

 

TY PYTASZ MNIE
 

 

Siedzimy w krzesłach pół na pół,
nieswojo nam i smutno.
Oddziela nasze dłonie stół.
Siedzimy w krzesłach pół na pół,
w zasłonach księżyc utknął.

A cisza, co oblepia strop,
ma skrzydła nietoperza.
Z rowu pośrodku pełznie mrok,
a cisza, co oblepia strop,
nieszczerze się wyszczerza.

Ty pytasz mnie,
a ja pytam cię,
i milczymy razem,
bo dość już padło słów i fraz.
Ty pytasz mnie,
a ja pytam cię,
dwa monologi
z dwóch oddalonych gwiazd.

Gdy czasem wzrok napotka wzrok,
blask wcina się w ciemności,
a wilki pną się już na stok.
Gdy czasem wzrok napotka wzrok
już nie ma w nim radości.

A każde z przemilczanych słów
niepięknym jest żebrakiem,
co wraca z ręką pustą znów.
A każde z przemilczanych słów
jest martwym ptakiem.

Ty pytasz mnie...

Lubimy w czułe miejsce bić,
aż koń galopem ruszy.
A bujna jarzębiny kiść,
gdy zaczniesz w czułe miejsce bić,
na piasek ci się skruszy...

Siedzimy w jednej izbie dziś
z kwiatami w umywalce.
Pobojowisko Austerlitz,
siedzimy w jednej izbie dziś,
licząc poległych w walce.

Ty pytasz mnie...

 


piosenkowy blog

archiwum pod lupa-CZ

teksty własne-CZ

tłumaczenia tekstów

polskie

angielskie

niemieckie

włoskie

wegierskie